Polska na tydzień – Przewodnik – Lubelskie 2020!

Ten rok jest świetny. Weryfikuje w brutalny sposób umiejętność planowania oraz przystosowania do nowej rzeczywistości zwłaszcza podróżniczej. Jeszcze w lutym zabukowałem na 5 czerwca wraz z powrotem 14 czerwca wylot do Portugalii. Z przyczyn ogólnie znanych w połowie maja otrzymałem wiadomość o anulowaniu wylotu (na szczęście miałem możliwość darmowego anulowania noclegów). Urlop udało się zmniejszyć do tygodnia (w końcu po co siedzieć w domu po miesiącach siedzenia w domu?), ale byłoby miło gdzieś pojechać…

Spojrzałem na mapę kraju na Google Maps. Urlop miałem w tygodniu z Bożym Ciałem w czwartek czyli długi weekend dla kraju. Nad morze? Co ja będę robił przez tydzień nad morzem? Mazury? Kojarzą mi się z pierwszym wyborem Warszawy na wyrwanie się z miasta więc ludzi pewnie będzie dużo. Góry? Miałem jechać z dziewczyną, która góry lubi trochę mniej niż ja – to nie skończy się dobrze. Wielkopolska jest realizowana zgodnie z planem. No to może mityczny wschód z opisywanym w samych superlatywach Lublinem?

Trzeba to sprawdzić. Trochę lektury blogów, trochę TripAdvisora, trochę planowania na mapie i jest. Plan na 7 dni wakacji w pigułce poniżej, a dalej znajdziecie historię podróży wraz z szerszym komentarzem.

  1. Niedziela wyjazd i dojazd do Zamościa (z przyczyn osobistych mogliśmy wyjechać koło 12stej (nocleg w Zamościu – Hotel Renesans)
  2. Poniedziałek Zamość, Chełm Lubelski oraz powrót do Zamościa (nocleg w Zamościu – Hotel Renesans)
  3. Wtorek Roztoczański Park Narodowy (nocleg w Agroturystyce – Siedlisko pod Lasem)
  4. Środa Lasy Janowskie rowerami (nocleg w Agroturystyce – Siedlisko pod Lasem)
  5. Czwartek Poleski Park Narodowy (nocleg w Lublinie – Ibis Styles)
  6. Piątek Lublin (nocleg w Lublinie – Ibis Styles)
  7. Sobota przejazd przez Nałęczów oraz dojazd do Kazimierza Dolnego (nocleg w Kazimierzu Dolnym – Nadrzeczna 55)
  8. Niedziela Kazimierz Dolny z rana, potem Zamek w Janowcu, powrót do Poznania

Niedziela – Dojazd i wieczorny Zamość

12:00 na zegarze, może ciut później. Wszystko spakowane? Skręcam kierownice i wrzucam oba rowery do auta – chyba nigdy nie zmienię zdania, że kombi jest najbardziej funkcjonalnym wyborem. Auto zatankowane dzień wcześniej, podstawowe sprawdzenie techniczne przed podróżą zrobione – dorzucam kubek termiczny z herbatą i odpalam nawigację. Niestety odpaliłem Yanosika pomimo tego, że ostatnio w Rawiczu mnie chciał poprowadzić pod prąd. Sensownie prowadzi 92 do Wrześni, potem A2 do Warszawy, a potem zaczyna dziwnie kombinować. Finalnie lądujemy na jakiś promie wśród turystów. Jest ciekawie. Właśnie dlatego wolę Here Maps. Pomimo, że czasem poprowadzi przez zamkniętą drogę (warto jednak zawsze patrzeć na znaki o objazdach) to trzyma się głównych dróg na które można pojechać bez obawy o urwanie koła. A to sprawia, że średnia prędkość jest wyższa.

Po drodze nie marnujemy czasu na szukanie ciekawych knajp. Kanapka z McDonalda wystarczy, na miejscu i tak coś zjemy. W hotelu Renesans meldujemy się ok. 18:15. Hotel jest wpasowany trochę na siłę w miejską tkankę miasta, ale jako hotel jest w porządku – przyjemne śniadania z miejscami na patio pozwalają zacząć dobrze dzień. Tylko materac twardy się trafił, ale jak dla mnie to nieistotny punkt.

Rynek w Zamościu i spacer

Ale my nie przyjechaliśmy siedzieć w hotelu, a zwiedzać. Trzy minuty zajmuje nam spacer na Rynek. Oryginalny Ratusz widzimy po raz pierwszy na żywo. Naprawdę się wyróżnia. Zagłębiamy się po okolicznych ścieżkach spokojnym spacerem. Pogoda jest idealna. Plac Solny, przejście do Parku Miejskiego, potem ścieżkami przed murami miasta z czerwonej cegły, by na koniec wpaść na kładki widokowe i wrócić przez Plac Wodny na Rynek. Jest przyjemnie. Turystów niewielu, miasteczko wydaje się ładne, pora coś zjeść.

Sciezka_po_Zamosciu

IMG_4639

Figa z Makiem

Wybieramy znajdującą się na Rynku Figę z Makiem i siadamy w ogródku. Jakieś lekkie przekąski i piwo/wino. Ciemny Jagiełło okazał się być najlepszym piwem jakie piłem podczas całego wyjazdu! Poważnie – jest z tym problem, by napić się dobrego, ciekawego piwa. Perła jest tym czym Lech w Wielkopolsce albo nawet bardziej. Na kartach knajp przez cały tydzień w większości przewijały się jedynie piwa krajowe. Kraftowe są zapewne tylko do dostania w konkretnych pubach. Duży minus. Ale jak wspomniałem – ciemny Jagiełło robi robotę i wieczór na zamojskim rynku z widokiem na charakterystyczny ratusz oraz przecudnie kolorowe Kamienice Żydowskie upływa przyjemnie.

Wracamy do hotelu. Jeszcze wrzucam sobie na YT video Good Idea o Zamościu (polecam!). Coraz bardziej zaczynam zauważać co dokładnie mi się podoba w tym mieście. Ale pełnię wiedzy uzyskam jutro gdy wybiorę się bogatszy w nową wiedzę ze wspomnianego video.

Poniedziałek – Zamośc i Chełm

Dżizys, co tak wyje? 05:30 na zegarku, a w hotelu jakiś alarm. Dziewczyna, z doświadczeniem w branży hotelowej, mówi zaspanym głosem – „To chyba przeciwpożarowy”. Dźwięk milknie, nic więcej sie nie dzieje. Trochę za wcześnie na pobudkę w końcu urlop. Nikt też nie wszczyna ewakuacji więc wracamy do snu.

Umawianie wizyt

Finalnie pobudka optymalnie w okolicach 08:30. Szybkie ogarnięcie, śniadanie na patio i po godzinie 9 telefon do lokalnego centrum obsługi turystycznej (84 639 22 92) czy jest dziś przewodnik na godzinę 11:00 na zwiedzenia Podziemii Ratusza. Okazuje się, że nie ma problemu, przewodnik przyjdzie dla nas, bo nikt inny się nie zgłosił… Brzmi fajnie. Dzwonimy jeszcze do Podziemi Kredowych w Chełmie Lubelskim (82 565-25-30), by zapisać się na godzinę 16:00. Wszystko umówione, świetnie, dziękuję.

Punkt widokowy na wieży katedralnej w Zamościu

My tymczasem wychodzimy, by dojść do wieży katedralnej (3 minuty od Rynku) na godzinę 10:00 – rzekomo od tej godziny jest czynna wieża widokowa. Na miejscu okazuje się, że nie do końca, jest podany telefon na który dzwonię i uzyskuję zapewnienie, że w ciągu 15-20min ktoś przyjdzie. Krótki spacer, ale i tak wracamy na ławkę obok wspomnianego kościoła. Nawet widzimy, że jakaś inna para turystów też czai się, by zadzwonić – dzielę się informacją, że dzwoniłem i niedługo ktoś powinien się pojawić. Koło 10:25 pojawia się jegomość, który wpuszcza naszą czwórkę pobierając 10PLN od osoby. Nie ostrzega jednak przed czymś…

Wchodzimy na górę. Trzeba przyznać, że miejsce idealne. Widoczność świetna, widok pocztówkowy, a podstawa Zamościa czyli Ratusz i Kamienice widać doskonale. Spędzamy tam kilkanaście minut – przewodnika na Rynku mamy dopiero na 11:00. Spokój, niezmącona cisza, która znikła momentalnie gdy… dzwony na tej wieży zaczęły bić! 😀 Zaskoczyło to nas niezmiernie, ale potem widzieliśmy doskonale dlaczego – akurat zaczynała się pewna uroczystość. Zaczekaliśmy aż dzwony umilkną, ostatnie selfie na wieży i schodzimy na dół. Jest 10:50, słońce daje trochę popalić, to będzie gorący dzień.

IMG_4644

Zamość – Podziemna Trasa Turystyczna

Udajemy się do Informacji Turystycznej, która znajduje się na prawej ścianie tego niezwykłego Ratusza. Opłatę 12PLN za osobę można uiścić kartą. Dołączy do nas grupa 6 osób. Tuż przed godziną 11:00 zostaje nam przedstawiona Pani Ewa – drobna kobiecina, która jak się okazało przez kolejne ponad 60min opowiadała nam nie tylko o podziemiach, a o całym mieście. Za 12PLN o Zamościu dowiedzieliśmy się w pigułce tyle ile powinniśmy. I zajęło to tylko nieco ponad godzinę! Bez względu na czas oprowadzenie było ciekawe, nie było motonnym monologiem, a nie raz próbą zachęty do dyskusji. Mam nadzieję, że również na tę samą Panią Ewę traficie!

Punkt widokowy w Nadszańcu

Po pożegnaniu z Panią Ewą skierowaliśmy się do Nadszańca Bastionu VII, by wejść na taras widokowy (3PLN/os., płatność tylko gotówką). Sam punkt jest mniej okazały – moim zdaniem można pominąć. Ciekawostką natomiast jest sam budynek – wśród czerwonej cegły pamiętającej działania wojskowe znajdziemy aktualnie… sklep odzieżowy. Na szczęscie udało się też znaleźć miejsce, by zaprezentować właśnie ubiór różnych wojaków na przestrzeni dziejów – to naprawdę świetne połączenie historycznych walorów i aktualnych potrzeb. Poza tym możemy strzelić z łuku bądź… armaty! Poważnie. Nawet możemy wybrać czy chcemy z małej, średniej czy dużej oczywiście odpowiednio dopłacając za rozmiar.

IMG_4648

Wiem co zjem

Na zegarku po 13stej. Podziemia Kredowe w Chełmie umówiona na 16, a droga tam zajmie nam około godziny. Korzystając z chwili odpoczynku decydujemy się odwiedzieć jedną z ciekawych knajpek, by posilić się na kolejne godziny. Na razie trzyma nas jeszcze śniadanie więc wolimy coś małego. Idziemy do „Wiem co zjem„. Poza daniami głównymi, zaciekawiły nas kanapki, które wydały nam się optymalne. Niestety – pieczywa do kanapek akurat nie było i zdecydowaliśmy się na panini. Powiem tak – jakość jest w porządku, naprawdę, ale małe to nie było. Po jedzeniu wpadamy do hotelu po bluzy (w Podziemiach Kredowych jest niecałe 10 stopni) i wsiadamy do auta. Zahaczając jeszcze o stację paliw kierujemy się do Chełmu.

Podziemie kredowe w Chełmie

Droga zajmuje godzinę, a dojazd z nawigacją nie stanowi najmniejszych trudności. Prędzej czy później powinniśmy znaleźć gdzieś miejsce parkingowe – nam się poszczęściło – dostępne miejsce było dokładnie naprzeciw wejścia do Podziemii. Jeszcze było trochę czasu, nawet byliśmy wyposażeni w quest do rozwiązania, ale niestety quest był dłuższy i wybraliśmy się na lekki spacer z zamiarem wypełnienia questu po zwiedzaniu. Trochę żałuję, bo przez to nie weszliśmy do parku (za rynkiem pod górę), ale za to wpadliśmy na deptak – ulicę Lwowską. Szału nie ma, deptak małego miasteczka, ale udało się kupić coś zimnego w Żabce. Powoli zbliżała się godzina wejścia i skierowaliśmy się do miejsca docelowego.

Na początek – płatność tylko gotówką, a bilet normalny kosztuje 15PLN. Przyznam, że byłem trochę zaskoczony, bo strona internetowa miejsca jest dośc nowoczesna, ale jak można się dowiedzieć – dostępna jest dla zwiedzających od kilku dekad. Czy warto? Zdecydowanie tak. Przede wszystkim niesamowite jest to jak korytarze powstały. Pod miastem nigdy nie było kopalni! Wszystkie tunele zostały wykopane „na dziko” przez „przedsiębiorczych” mieszkańców! To tak jakby ktoś miał dom i zaczął spod niego coś wydobywać. A później przypadkiem, by się spotkał z sąsiadem. I jeszcze innym. I znowu. Trudne do pojęcia w dzisiejszym świecie. Ale to nie byłoby tak łatwe do zapamiętania, gdyby nie przewodnik. A ten, charyzmatyczny gość z doświadczeniem dzielił się wiedzą w sposób lekki, przyjemny i bez całej masy dat czy podręcznikowych frazesów. Z bogatą wiedzą bez najmniejszego problemu był w stanie odpowiedzieć na pytania i wątpliwości gości. Takich przewodników nam potrzeba!

Quest? A jednak nie. To chociaż ruiny zamku…

Po wyjściu z podziemii okazało się, że trochę się pogoda zmieniła, niebo pociemniało. Wsiedliśmy do auta, by je przeparkować nieco bliżej parku. Pierwsze duże krople spadły na szybę rzucając cień wątpliwości czy parasol i quest dadzą radę. Po 30 sekundach było jasne, że z quest’a nic nie wyjdzie. Lało jak z cebra. Decyzja –  Wracamy do Zamościa. Ale po drodze jeszcze ustawiamy nawigację na „Ruiny Zamku w Krupem”. To miejsce tuż przy drodze gdzie są dostępne ruiny zamku, trzeba sprawdzić. Raz padało mocniej, raz padało lżej – dojechaliśmy po jakimś czasie na miejsce. Ot lekki deszczyk, z cukru nie jesteśmy, damy radę. Przed Ruinami jest mały parking gdzie możemy zostawić auto, a następnie poświęcić 2 minuty spaceru na dojście. Jak niewiele potrzebna do uniknięcia „dzikiego parkowania”. Ruiny to w zasadzie dwie ściany z kilkoma ścianami wewnętrznymi. Niezabezpieczone więc wejście na własną odpowiedzialność. Pierwsze skojarzenie – Zamek w Kole. Czyli rekomendacja ta sama – można wpaść przejeżdżając obok, ale specjalnie to bym nie jechał.

IMG_4654

Zamość – miasto umarło

Po powrocie do Zamościa i intensywnych opadach w końcu trzeba było coś zjeść konkretnego. Ale… miasto umarło. Na chodnikach w centrum miasta nie było nikogo. Ciemny Rynek nie zachęcał do spaceru tak jak i zamknięte ogródki na jego płycie, ale wizja jazdy do McDonald’a sprawiła, że sprawdziliśmy po raz drugi Figę z Makiem. Na szczęście była otwarta. Chociaż byliśmy jedynymi klientami to udało się dobrze zjeśc. Wróciliśmy do hotelu. Plany na jutro miały dotyczyć głównie Roztoczańskiego Parku Narodowego więc weryfikowałem prognozy pogody. Gorąco może nie będzie, ale padać nie powinno – to najważniejsze.

Wtorek – Roztoczański Park Narodowy

Wtorek miał upłynąć w Roztoczańskim Parku Narodowym. Niebo był zachmurzone, ziemia wilgotna, nie byliśmy pewni czy nie skończy się deszczowym dniem.

Zagroda Guciów

Naszym pierwszym punktem docelowym jest Zagroda Guciów, darmowy parking jest dokładnie naprzeciw. Kierujemy się do chatki gdzie możemy zakupić bilety. Wprawdzie okazuje się, że chwilę wcześniej przewodnik, by nie powiedzieć „tubylec” zabrał dwie osoby na oprowadzenie. Na szczęście możemy dołączyć – a nawet jeśli ktoś by się spóźnił to z reguły przewodnik cały czas „krąży” z wycieczką.

IMG_4659

W skrócie – warto. Posłuchamy o czasach, których nie sposób pamiętać, zobaczymy dowody świadczące o tym, że wody było tam znacznie więcej, a co jeszcze ciekawe na koniec zahaczymy o temat meteorytów. Mieliśmy jeszcze szczęście i zaprezentowano nam jak pleciono linę dawno temu. Proste, logiczne i trwa krócej niż wizyta w markecie budowlanych. Co poszło nie tak w naszej cywilizacji?

Poza tym na miejscu znajdziemy swojską knajpkę. Z uwagi na niedawne śniadanie zajrzeliśmy tylko przez szybę, wyglądało zachęcająco. Może następnym razem będąc w okolicy wpadniemy?

Krasnobór – Kaplica na wodzie – warto?

Ustawiamy nawigację na Krasnobór. Po dojeździe na miejsce zaparkować można tuż przy drewnianej konstrukcji bądź nieco dalej, po lewej stronie jest mały parking na kilkanaście aut. Legenda z kaplicą głosi, że doszło tutaj do objawienia, a woda wypływająca ze źródeł pod nią jest lecznicza. My zastaliśmy owszem, mały drewniany obiekt, który być może ma jakieś znaczenie regilijne natomiast moim zdaniem nie ma większych walorów turystycznych dla przeciętnego turysty. Tytułowe „na wodzie” jest dużą naditerpretacją. Szkoda nadrobionych kilometrów.

Wieża widokowa w Suścu

Po drodze na kolejną atrakcję powinniśmy móc odwiedzić położoną tuż przy głównej drodze wieżę widokową w Suścu. Dwa parkingi zaraz obok, solidna konstrukcja i ładny widok na roztoczańskie krajobrazy. Tyle w skrócie ma do zaoferowania ten punkt. Jak wspomiałem pogoda tego dnia nie była wymarzona, ale tak czy siak – zatrzymać się warto.

Szumy nad Tanwią

Teraz nawigaję ustawiamy na „Szumy nad Tanwią”. Szczegółową ulotkę nadleśnictwa pobierzemy TUTAJ, ale w skrócie to miejsce gdzie tektonicznie Europa Zachodnia spotyka się ze Wschodnią, a owe spotkanie utworzyło 24 kaskady wodne.

Google Maps za to doprowadzi nas do parkingu gdzie możemy pozostawić swój samochód, jest położony zaraz przy szerokiej drodze. W czerwcu żadnych opłat nie było. Przebieramy się w wygodne i odpowiednie buty, które nie przerazi trochę błota (zwłaszcza po opadach) i szukamy szlaku – biały kwadrat z ukośną czerwoną linią. Zdecydowana większość ludzi sprawdza tylko i wyłącznie część ścieżki w dół rzeki (ta strona ulicy na której jest parking), my sprawdziliśmy również po drugiej – może i nie jest tak bogata w owe kaskady, ale jest równie urokliwa. A przede wszystkim kompletnie wolna od ludzi, chociaż przypominam – byliśmy po opadach.

IMG_4669

Zdecydowanie warto to miejsce odwiedzić. Jest charakterystyczne i niespotykane gdzie indziej, pomosty wykonane z nieidealnego drewna przypominają dobitnie, że to naturalny las tu jest na pierwszym miejscu. Oraz oczywiście kaskady – niezwykle urokliwe i szumiące zgodnie z tytułem. Ani grama przesady w nazwie, zdecydowanie punkt konieczny na wizytę.

Kamieniołom Nowiny

Wracamy do auta i wpisujemy „Kamieniołom Nowiny” w Google Maps. Droga nie zajmie długo i ponownie znajdzie się tam mały parking na którym bez problemu zaparkujemy – wjazd na niego będzie po prawej stronie zaraz po wjechaniu na leśną drogę z asfaltowej. Kilkaset metrów musimy przejść piechotą. Zobaczymy nieczynny kamieniołom, który po raz kolejny przypomina, że dawniej to było morze – warstwy skał są właśnie charakterystyczne dla stref przybrzeżnych. Aktualnie zrobiono tam drewniany punkt widokowy na który wdrapiemy się po schodach oznaczonym szlakiem. Czy warto? Wieża widokowa nie jest zbyt wysoka więc spojrzymy na skały z trochę innej perspektywy. Moim zdaniem warto wjechać jeśli ma się czas. Generalnie jest też przy drodze do następnej atrakcji więc przy okazji – jak najbardziej. Ale specjalnie jechać tylko po to – nie do końca, już lepiej wybrać się do Józefowa (w dalszej części tekstu).

Rezerwat Czarterowe Pole

Google Maps ponownie bez problemu doprowadził na parking gdzie możemy pozostawić auto. Po wyjściu z samochodu musimy podjąć decyzję, czy idziemy górną wersją ścieżki, czy dolną. Chyba, że tak jak w naszym przypadku – dolna trasa była zamknięta ze względu na remont. Bym zapomniał, TUTAJ jest do pobrania oficjalna ulotka nadleśnictwa.

IMG_4686

To kolejne miejsce gdzie spotkamy nie do końca idealnie przycięte deski przy pomostach. Sprawia to, że człowiek czuje się bliższy naturze, mniej sztucznie. Górna wersja ścieżki okazuje się być równie satysfakcjonująca, dolna jest w sumie bardzo podobna do Szumów nad Tanwią (tyle, że nie ma tak wielu kaskad). Pomimo, że ten rezerwat powstał głównie w celu ochrony doliny to i tak warto moim zdaniem dla samych widoków.

Józefów – Baszta widokowa i Kamieniołom

Jeśli pominęliście wcześniejszy kamieniołom w Nowinach to ten zobaczcie koniecznie. Jest zdecydowanie większy i potęguje wrażenie, że jednak rzeczywiście te tereny wyglądały kompletnie inaczej miliony lat temu. Poza tym jest wieża widokowa, ale podczas naszej wizyty była nieczynna. Niestety – bez wskazania przyczyny. A myślę, że widok z niej na wspomniane urobiska skalne mógłby być świetny.

IMG_4689

Zwierzogródek w Zwierzyńcu

Pora skierować się do Starego Siedlca, by zakwaterować się w miejscu noclegowym. Po drodze mamy jednak Zwierzyniec do którego i tak później przyjedziemy – jest on centrum rekreacyjnym Roztoczańskiego Parku Narodowego. Zatrzymujemy się więc w Zwierzogródku, by spróbować lokalnych burgerów. Ciekawa kompozycja, w porządku mięso. Frytki nie wybijają się specjalnie, ale po całym dniu zwiedzania różnych punktów, chodzenia po szlakach, sama możliwość siedzenia na ogródku jest wystarczająca dla przyjemności.

Agroturystyka Siedlisko pod lasem

Miejsce jest parę minut jazdy od Zwierzyńca. Cena za nocleg 40PLN oraz śniadanie 12PLN są bardzo niskie, a czy spełni nasze oczekiwania? Na wjeździe wita nas psiak, który jak się w sumie okazuje nie do końca należy do właścicielki. Ot, zwykły wiejski, przyjazny psiak. Pokój, który dostajemy w zupełności nam wystarcza, a uprzejma pani właściciel podpytuje o nasze gusta i porę śniadania na jutro. Koło 09:00 powinno być idealnie, ale dla porannych ptaszków nie będzie problemu umówić się wcześniej.

Chwila odpoczynku umożliwia lepszą kontrolę miejsca noclegowe. Wspólna, ale bardzo bardzo czysta łazienka (zresztą nowa, jeszcze lustra nie było) robi dobre wrażenie. Niektórzy mogą narzekać na miękki materac i brak WiFi, ale bądźmy szczerzy – jeśli ktoś narzeka na materac to znaczy, że nie zmęczył się wystarczająco tego dnia. A zasięg pozwala na bezproblemowe korzystania z tabletu/telefonu więc brak WiFi w dobie tanich pakietów nie przeszkadza. Oczywiście pomijając fakt, że nie po to ktoś przyjechał do agroturystyki siedzieć w sieci. Chwila drzemki, prysznic i wsiadamy do auta, by wrócić do Zwierzyńca. Był jeszcze pomysł, by wypakować rowery z auta i dojechać te parę kilometrów (na początek asfaltowa droga wiejska, potem ładna i bezpieczna droga dla rowerów jest oddzielona od drogi głównej pasem zieleni), ale niepewna pogoda sprawia, że zarzucamy ten pomysł.

Zwierzyniec po raz drugi – Browar Zwierzyniec

Mówiłem, że Zwierzyniec jest takim centrum rekreacji Roztoczańskiego Parku Narodowego. Może to i prawda, ale dziwi trochę wczesna godzina zamknięcia pubu lokalnego browaru. Browar można również zwiedzać, ale dojeżdżamy na tyle późno, że pozwalamy sobie tylko na małe piwa – po tym czeka nas jeszcze dodatkowy spacer pod górę.

Sam budynek browaru prezentuje się okazale. Wtedy jeszcze miałem nadzieję, że można tam dostać piwo ciekawe w smaku. Wybraliśmy dwa różne – oba okazały się być dość klasyczne w smaku bez żadnych dodatkowych wyczuwalnych i zaskakujących nut. Nie polecam więc specjalnie nie licząc przyjemnej atmosfery stolików przed budynkiem z historią.

Bukowa Góra – nie zapomnij o zakupie biletów!

My następnie wybieramy się ulicą Browarną w górę, która zmienia się w ulicę Plażową. Optymistycznie zakupiłem dzień wcześniej. Bilety możecie kupić online na stronie eParki – oferta Roztoczańskiego PN dostępna jest TUTAJ. Pogoda wprawdzie nie do końca sprzyjała, ale stwierdziliśmy, że zdążymy zamiast przekładać to na jutro. Wejście jak i zejście to 2,5km w jedną stronę. W obie strony to godzina dla osoby sprawnej fizycznie, max dwie dla tych mniej. Na pewno zauważycie sporą drewnianą bramę z napisem „BUKOWA GÓRA” po prawej stronie ulicy Plażowej.

Sama ścieżka w górę prowadzi dużo po schodach więc generalnie jest dość prosta. I gdyby nie mgła to widok z punktu widokowego na szczycie mógłby być świetny. Ale i tak było satysfakcjonująco. Górki, pagórki jak zawsze polecam. Wracamy tą samą drogą.

IMG_4690

Kierujemy się do auta, jutro ma być ładniejsza pogoda to rozejrzymy się bardziej.

Środa – Lasy Janowskie oraz Zwierzyniec po raz trzeci

Noc minęła świetnie. Po tym poznaje się dobrą agroturystykę gdy jak gasną światła to jesteś ledwo odróżnić nocne niebo od ciemności pokoju. Zaczynamy od śniadania i tu dochodzimy do pierwszego wow na dziś. Jajecznica z wiejskich jaj – bardzo proszę. Sałata, pomidorki, ogórki, twaróg – naprawdę, szukałem lat dzieciństwa, by przypomnieć sobie te smaki. Do tego pani podrzuca opakowanie, by zrobić sobie kanapki na resztę dnia. Po 45min spróbowaliśmy wszystkiego – tylko rozsądek dzielił od nas od tego, by zostać przy stole na dłużej. Na szczęście jeszcze on się jakoś trzymał, bo plany na ten dzień były ciekawe.

W końcu pogoda zaczęła dopisywać, w końcu będzie sens wyciągnąć rowery z auta, które wrzuciliśmy w Poznaniu. Ale przed tym trzeba dojechać w nowe miejsce.

Lasy Janowskie

Nawigację ustawiamy na Skansen Kolei Leśnej w Janowie Lubelskim. Naprzeciwko jest mały, publiczny parking. Doecieramy na miejsce, zgodnie z przewidywaniami miejsca dużo, bez problemu wyciągamy rowery.

Po prawej stronie od małego Skansenu Kolei Leśnej (wstęp wolny, można wejść, obejrzeć i poczytać o leśnej wąskotorówce) znajduje się nadleśnictwo, a po prawej od nadleśnictwa – ścieżka którą łatwo zjeżdżamy przy przejechać się brzegiem jeziora. Przy drodze mijamy małą wieżę widokową oferującą ładny widok na wspomniane jezioro. Po przejechaniu wzdłuż jeziora, przy hotelu Duo SPA skręcamy w lewo, by dotrzeć lada moment do ulicy Turystycznej.

Chwilowa dygresja: za hotelem Duo SPA jest Park rekreacji ZOOM. Gdybyśmy odwiedzili to miejsce z dzieckiem to zapewne skorzystalibyśmy z tej oferty, ale na razie preferujemy ciekawsze, mniej sztuczne atrakcje.

Droga do Uroczyska Kruczak

Docieramy do ulicy Turystycznej, którą skręcamy w lewo. Mało uczęszczana droga, z ładnie oznaczoną ścieżką rowerową i dobrej jakości asfaltem sprawia, że jedzie się dobrze. Kierując się drogowskazami na „Uroczysko Kruczek” skręcamy z czasem w lewo w drogę leśną, którą bezpośrednio dojeżdżamy na miejsce. Miejsce, które przede wszystkim odwołuje się do religijności oraz patriotyzmu. Pomimo nadawaniu temu miejscu specjalnych właściwości uważam, że dla przeciętnego turysty jest jedną z wielu podobnych atrakcji na mapie kraju. To jak z kościołami – ja rozumiem, że one były ważne dla lokalnej społeczności, ale co w nich wszystkiego takiego niezwykłego, że turysta naprawdę powinien go zapamiętać?

IMG_4698

Cel Szklarnia – w poszukiwaniu konia biłgorajskiego

Wracamy na ulicę Turystyczną, skręcamy w prawo tyle, że tym razem jedziemy cały czas ładnym asfaltem, aż nie dojedziemy do ul. Bohaterów Porytowego Wzgórza gdzie skręcamy w prawo. Na tej drodze również nie ma wzmożonego ruchu, jest pobocze, którym spokojnie docieramy po paru kilometrach do Szkarni – małej wsi gdzie poza ścieżką przyrodniczą możemy sprawdzić czy będziemy mieli więcej szczęścia. Na łąkach, za ogrodzeniem z odpowiednimi oznaczeniami  jest hodowla konika biłgorajskiego – bardziej znanego jaok konik polski.

Porytowe Wzgórze – pomnik i ścieżka

Niestety my szczęścia nie mamy, wracamy na drogę i kilkaset metrów za skrzyżowaniem skręcamy w lewo w kierunku Porytowego Wzgórza. Droga nieco gorszej jakości, ale jednak cały czas asfaltowa. Kompletnie nieuczęszczana co sprawia, że pedałuje się lekko, przyjemnie i tak dalej. Nie musicie odmierzać kilometrów, traficie po jakimś czasie na parking na kilkanaście samochodów po prawej stronie drogi. Mińcie go jednak i nieco dalej za zakrętem zobaczycie znacznie, znacznie większy parking.

Jeśli jesteście autem to zostawcie je i skierujcie na pieszo w prawo, w kierunku Pomnika. Rowerem jesteście w stanie do niego dojechać. Porytowe Wzgórze to nie punkt widokowy, ale miejsce jednej z największych bitew partyzanckich, a duży pomnik wydaje się w odpowiedni sposób to przypominać. My na rowerach przejeżdżamy za niego – jest tam leśna ścieżka w dół i tablica informacyjna, co stanowi początek i koniec ścieżki edukacyjnej (ścieżka ma formę pętli). Przypominamy rowery do tablicy informacyjnej, pora na spacer.

Spacer choć krótki jest bardzo przyjemny. Po raz kolejny zauważamy, że wszędzie jest bardzo czysto. Bardzo przejrzyście, nie sposób się zgubić. Ścieżki sa bogate w pomosty, które tak urozmaicają piesze wycieczki, że chce się więcej. Kilkanaście minut spaceru i wracamy po rowery. Dużo nie brakło byśmy dzwonili do nadleśnictwa z prośbą o pomoc – o mało co złamał nam się klucz do zapięcia… Na szczęście udało się rozpiąć, ale było gorąco.

IMG_4705

Powrót przez las

Na wspomnianym dużym parkingu są dostępne mapy turystyczne. Jest tam ścieżka rowerowa, która doprowadzi nas przez leśną drogę bliżej Skansenu Kolei Leśnej. W razie braku umiejętności rozczytania mapy można posiłkować się Google Maps pamiętając, by wybrać rower jako sposób transportu. Jak w górach – szkoda tracić czas na powrót tymi samymi drogami! Zwłaszcza, że leśne drogi są w porządku. Pomimo opadów z poprzednich dni kałuże są niewielkie, a przebiegający lis drogę przypomina, że jesteśmy w części Puszczy Solskiej – wielkiego kompleksu leśnego.

Wracamy, wrzucamy rowery do auta, idziemy jeszcze zobaczyć wspomniany wcześniej Skansen Kolei Leśnej sprawdzając również mapę na tablicy obok. Wracamy do auta.

Rezerwat Imielty Ług

Następnym punktem w nawigacji jest Imielty Ług. To kolejny rezerwat przyrody, tym razem jednak mowa głównie o torfowiskach, bagnach i ostoi ptactwa. Problem polega na tym, że Google kieruje od złej strony, południowej – a tam 3km przed wejściem na ścieżkę jest zakaz wjazdu (wjazd tylko dla ALP – Administracji Lasów Państwowych). My zostawiliśmy auto, wyciągnęliśmy rowery i raz dwa obróciliśmy chociaż dużo nie brakło, by złapał nas deszcze. Oba punkty widokowe są jak najbardziej dostępne rowerami zwłaszcza, gdy nie ma ludzi. Może niekoniecznie miejskimi, ale trekkingowy wystarczy w zupełności. A gdyby tak jechać od północy to nadrabiamy kilometry autem więc zadajcie sobie pytanie – czy warto?

Niech Wam pomoże podjąć decyzję ten opis: pierwszy punkt widokowy to kładka na bagnach pośrod lasu. Punkt widokowy jest tu nieco nadużyciem, bardziej to przystanek przyrodniczy. Dla kogoś kto las lubi owszem, ale dla przeciętnego turysty szukającego widoków i zdjęć – niekoniecznie. Drugi punkt widokowy na podwyższenie przed jeziorem będącym ostoją ptactwa. Zapewne miejsce niezwykłe dla ornitologów, dla przeciętnego turysty ładne, ale jeśli ktoś nie jest zaangażowanym przyrodnikiem to bym odpuścił.

Na Biłgoraj! COUNTRY i Miasteczko Kresowe

Nie wspomniałem, ale po drodze gdzieś znikły kanapki z porannego śniadania i trzeba było zastanowić się nad obiadem. Kolejnym punktem wycieczki był Biłgoraj. Za opiniami Google Maps skierowaliśmy do restauracji COUNTRY. Ot, zwykła małomiejska restauracja – może i niespotykanych nut smakowych się nie doszukamy, ale porcje, ceny i świeżość nie pozostawiają najmniejszych wątpliwości – dość bezpieczna opcja.

W Biłgoraju celem natomiast było Miasteczko Kresowe. Przyznam, że opis mnie zaciekawił: „W obrębie miasta Biłgoraja powstaje miasteczko prezentujące architekturę, kulturę oraz model społeczeństwa charakterystyczny dla rubieży południowo-wschodniej Polski z przełomu XIX i XX w.” Czekaj co? A no tak. Budujemy część miasteczka, które wygląda jak żywcem wyciągnięte sprzed ponad wieku. Założenie ciekawe bez wątpienia. Z aktualnym wykonaniem na razie gorzej – to jeszcze bardziej plac budowy niż pełnoprawne, kompletne miejsce. Na razie nie polecam. Może za kilka lat…

Zwierzyniec po raz trzeci

Tak oto wracamy znowu do naszego miejsca noclegowego, by chwilę odpocząć, ale dosłownie chwilę. Pogoda dziś w porządku i po raz kolejny atakujemy Zwierzyniec. Parkujemy na parkingu przed Browarem, a my spacerem udajemy się ulicą Browarną/Plażową do Ośrodka Edukacyjnego. Znajdziemy tam w ogrodzie całą masę atrakcji i zagadek powiązane z lasami i nie tylko. Spokojnie zejdzie Wam tam kilkanaście minut jeśli nie więcej.

Ścieżka na stawy Echo

Wróćcie na ulicę Plażową i idźcie dalej, gdy droga asfaltowa zacznie skręcać w prawo, Wy powinniście zobaczyć po lewej stronie leśną ścieżkę. Dojdziecie nią bezpośrednio w ciągu ~10 minut do stawów Echo. To kompleks sztucznych stawów, zimą podobno nie ma w nich wody – może kiedyś sprawdzę osobiście! Poza plażą znajdziemy tam pomosty na wydmie, które wykorzystamy i po dotarciu na miejsce nie wracamy tą samą ścieżką tylko kierujemy się w lewo. Przechodzimy po wszystkich pomostach zatrzymując się gdzie tylko chcecie po czym znowu wchodzimy w las. Wędrujemy wzdłuż potoku, zajmie nam to może kilkanaście minut. W pewnym momencie będzie drogowskaz w prawo. Korzystając z niego dojdziemy wprost do kolejnej atrakcji Zwierzyńca czyli Zwierzyńczyka – zabytkowego ukłu wodno-pałacowego. Gdybyśmy poszli prosto zamiast skręcać dotarlibyśmy do Ośrodka Edukacyjnego Lasów, ale z innej strony niż zaczynaliśmy nasz spacer na stawy Echo.

IMG_4713

Zwierzyńczyk

Tu zostawiam Was na chwilę. To bardzo ładny park z pomostami, z ławkami na których można odpocząć. Przejdźcie się jego ścieżkami, a jak skończycie to skierujcie się pomiędzy białe budynki i do lektury dalszego akapitu.

Zwierzyniec – Kościół na wyspie

Gdy wyjdziemy z parku zobaczymy coś co pewnie przykuło już swoją uwagę – kościół na wyspie. Czy nie sądzicie, że to właśnie on prędzej zasługuje na miano „na wodzie” niż ten z wtorku? Na pewno bardzo charakterystyczny, zapadnie Wam w pamięć.

A co dalej?

Najlepiej obejść kościelny staw zaczynając od prawej stronie. Jak na moment wejdziemy do parku to po lewej stronie natkniemy się na… „Pomnik Szarańczy”. Wracając do obejścia mamy deptak, mamy Karczmę Młyn (bardzo turystycznie wygląda) i ścieżką możemy obejść cały staw. Wracamy do auta, trzeba trochę odpocząć w agroturystyce.

Czwartek – Poleski Park Narodowy

W pierwotnych planach miał być Lublin najpierw, ale zważając na wypadające święto zdecydowaliśmy, że lasy będą łatwiej dostępne niż niektóre atrakcje w stolicy województwa. Po lekturze plan był taki:

  1. Ścieżka przyrodnicza-historyczna „Obóz powstańczy”
  2. Ścieżka „Czahary”
  3. Ścieżka „Spławy”

Pamiętajcie, że każda ze ścieżek wymaga biletu (Spławy bezpłatnego, ale zawsze), które kupicie TUTAJ.

Rezultat i opinie jak niżej:

Ścieżka przyrodnicza-historyczna „Obóz powstańczy”

Dojazd autem na parking przez leśną drogą nie pozwala na rozwinięcie prędkości autem większej niż 20-25km/h. Ścieżka jest dość krótka (4km czyli max godzina marszu), ale po drodze więcej czasu zajęło nam odganianie owadów niż podziwianie lasów. Na końcu ścieżki jest mała wieża widokowa. Moim zdaniem nie warto chyba, że ktoś jest ornitologiem to wtedy wspomniana wieża widokowa będzie jakimś spełnieniem jego oczekiwań.

Ścieżka „Ścieżka Czahary”

Google Maps prowadzi bez najmniejszych wątpliwości poprawnie, na sam parking gdzie można zostawić auto. Ledwo znajdujemy miejsce. Prawie w tłumie wyruszamy na ściężkę. Albo inaczej – najpierw trzeba trochę przejść przez polną drogę. Tak zaczyna się każdy z dwóch wariantów (krótki 4,8km oraz długi 6,5km). Dziesiątki ludzi, nie tak wyobrażałem sobie poznawanie leśnych zakątków. Potem zaczyna się nieco lepiej – drewniane ścieżki prowadzą przez bagna, a raz po raz napotykamy na podwyższenia z których może rzucić okiem nieco dalej. W czerwcu, przy wysokiej temperaturze niewiele tam się dzieje. Myślę, że zdecydowanie lepiej byłoby w inne pory roku. Ale trzeba pamiętać o dojeździe – czerwcowy sypki piasek może być trudniejszy do przejazdu w bardziej deszczowych miesiącach. Sprawdzę kiedyś.

IMG_4732

Ścieżka „Spławy”

Dojeżdżamy na miejsce, które dostrzegamy z daleka. Turystów od groma, do tego lody, restauracja, niektórzy Janusze bez koszulek  – długi weekend się zaczął bez wątpienia. Udaje się zaparkować przy drodze nie zastawiając żadnego wyjazdu. Skuszamy się na lody, butelka wody w plecak i idziemy zgodnie z oznaczeniami.

Spławy to moim zdaniem najładniejsza ścieżka. jest jednokierunkowa, wąski pomost z trudem pozwala na wyprzedzanie, ale ludzie na szlaku chętni do przepuszczenia szybszych czyli nas. Nie tylko robi to atmosferę obcowania z roślinami różnej wielkości, ale i długość (7,5km) sprawia, że robi to 1,5-2 godzinny spacer. A przypominam, że to już trzeci z kolei dziś, a słońce promykami sprawia, że jest ciepło.

Tak, to zdecydowania ta ścieżka, którą powinniście wybrać, by poznać Poleski Park Narodowy na początek. Świetna pewnie nie tylko latem, ale również w innych porach roku. Na pewno tam wrócę.

IMG_4737

Cel: Lublin!

Wracamy do auta. W końcu ustawiamy cel na miasto, które tak wielu opisywało z takim zachwytem – Lublin! Sprawdzimy to samodzielnie. Nocleg mamy zarezerwowany w ibis centrum (wyrwaliśmy dobrą cenę), ale jeśli czegoś szukacie to śmiało patrzcie jak najbliżej ulicy Grodzkiej.

Gdzie zjeść w Lublinie – Jazzve

Zdążyliśmy dojechać i się zakwaterować. Przede wszystkim prysznic, a potem trzeba gdzieś wyjść coś zjeść wszak w zasadzie większość dnia minęła na śniadaniu, kanapkach zrobionych po śniadaniu i dodatkowym prowiancie w postaci batoników. Dziewczyna otrzymuje wiadomość od znajomej, że poleca Jazzve – kuchnia kaukaska. Nie przesadnie popularne, ale menu nam odpowiada – tam kierujemy się spacerem. Nie jest wprawdzie w bezpośrednim centrum, ale 2 uliczki dalej nie robią nam najmniejszego problemu. Przynajmniej w dotarciu do miejsca.

Zaczynamy w ogródku razem z trzema innymi stolikami. Zrywa się jednak wiatr, lada moment będzie padać, kelnerka zaprasza wszystkich do środka. To była dobra decyzja, bo o tych opadach w lubelskim będzie później w wiadomościach. Ale to się dzieje na zewnątrz. A wewnątrz? A wewnątrz trwa uczta. Uczta, która jest dokładnie tym czego oczekiwałem – ferią przypraw prezentującą tamtejszą kuchnię w sposób bezpośredni, wcale nie zniżoną do masowego turysty. Tutaj rozsądek nie za bardzo pomógł, ale przynajmniej byliśmy szczęśliwi po dobrym jedzeniu. Zdecydowanie polecam!

Niestety padać nie przestawało, a spacer w tak duży deszcz nie byłby przyjemnością. W mieście działa jednak Bolt i tak to hotelu dostaliśmy się za… 8 złotych. Pora odpocząć w hotelu, jutro też jest dzień.

Piątek – Lublin w pełnej krasie

Jak wspomniałem już nie raz obiło nam się o uszy, że to miasto jest jedyne w swoim rodzaju, a klimatyczne uliczki robią atmosferę nie do podrobienia. Po standardowym śniadaniu hotelowym umawiamy się do Muzeum Cebularza i zaczynamy zwiedzać. Muzeum jest rzut beretem od dzisiejszych spacerów więc odwiedźcie je jak nadejdzie czas Waszej wizyty, a ja pozwolę sobie na wtrącenie o nim, bez waględu na kolejność.

Muzeum Cebularza

Cebularz to taki odpowiednik poznańskiego Rogala Świętomarcińskiego. W sensie produkt regionalny, bo kształt ma inny.

Ale o tym wszystkim dowiemy się na warsztatach na które zapisaliśmy. W przystępny sposób uzyskamy wiedzę o tym jaka jest legenda, jaka jest faktyczna historia tego lokalnego przysmaku oraz podręcznikową wiedzę o produktach regionalnych. No i co najważniejsze – każdy z nas przygotuje swojego małego cebularza! Wprawdzie jest oznaczenie, że owy produkt nie jest zalecany do spożycia, ale ile przy tym zabawy! To zdecydowanie na plus, zresztą generalnie pomysł jest bardzo podobny do tego co Poznań oferuje ze swoim Rogalowym Muzeum – tylko u nas jest więcej gwary.

Zamek Lubelski

Jasny budynek prezentuje się na początek świetnie, a przede wszystkim bardzo duży. Większy niż jest naprawdę. Po wejściu na dziedziniec w zasadzie znajdziemy tam niewiele rzeczy, a najciekawszą jest bez wątpienia wejście na taras widokowy – tam wejść trzeba, bo widok jest rzeczywiście znakomity na całe miasto. Poza tym to właśnie tam w salach na różnych piętrach możemy wczytać się trochę bardziej w historię tego miejsca. W sumie trochę szkoda, że tak… mało tam jest. Czy naprawdę nie ma żadnego pomysłu, by w interaktywny sposób prezentować historię? I nie mówię tutaj o multimedialnych innowacjach, a po prostu przebraniach z różnego okresu.

IMG_4747

Trakt Królewski na Rynek

Kierujemy się w kierunku Bramy Grodzkiej nazywanej również Żydowską. To tutaj zaczyna się bezpośrednio lubelska starówka. Na początek ulica Grodzka – owszem, ma swój klimat. Ma kamienicę w koty czy inne urokliwe i bardzo ładne zdobienia. Patrzmy też w górę, czasem można zauwazyć coś jeszcze. Patrzmy w okna – w niektórych dostrzeżemy zdjęcia. W jednej z kamienic odnaleziono kilka tysięcy niewywołanych zdjęć i postanowiono je wykorzystać w ten sposób. My tymczasem lada moment dojdziemy do placu po Farze. To teraz miejsce spotkań w mieście, a prócz tego świetny punkt widokowy na Zamek Lubelski.

Stare Miasto w Lublinie

Idziemy dalej ulicą Grodzką, a lada chwila ukaże się nam Rynek z Ratuszem w jego centrum. Normalnie jest tam dostępna Podziemna Trasa Turystyczna, ale z powodu pandemii działanie jest zawieszone. A co z samym Rynkiem? Przez obecność Ratusza sprawia wrażenie dość małego. Cztery ulice dookoła wspomnianego budynku i po kilka knajp na każdej ścianie. W porządku, przyjmijmy, że jest przytulnie, ale my idziemy dalej, aż dochodzimy do Bramy Krakowskiej.  Nie chcemy jeszcze wychodzić poza starówkę i kierujemy się w prawo. I tutaj niestety wchodzimy w tę słabszą część starówki. Nie wiem czy w porównaniu ze wspieranym przez UNESCO Zamościem właśnie to sprawia, że uliczkę dalej lądujemy już na peryferiach. Plastikowe śmietniki nijak nie pasujące do klimatu, budynki z tabliczką „Zabytek Obiekt chroniony”, którym dużo nie brakuje, by się rozpaść całkowicie. Bardzo dużo szarych kamienic, niewiele jest tutaj rozrywki z wchodzeniem w wąskie uliczki, bo prędzej natkniesz się na śmietnik/remont niż architektoniczną perełkę. Na razie ocenamy bezpiecznie, że nie jesteśmy przesadnie zachwyceni.

IMG_4757

Po zrobieniu kółka po starówce (powrót do rynku i przejście na druga stronę starówki), zobaczeniu kamienia nieszczęścią (udało sięo niego nie potknąć , ani nie dotknąć) i charakterystycznego znaku ostrzegawczego z katem (a Wam się udało znaleźć?) przechodzimy przez wspomnianą już Bramą Krakowską. Tam, zaraz za jezdnią jest lubelski deptak.

Lubelski deptak – Krakowskie Przedmieścia

Minęliśmy go wczoraj, gdy spieszyliśmy się do Jazzve, ale dziś mamy go w całej okazałości. Jest to jedno ale, by zwiedzać go spokojnie. Beton. Lubelski deptak był tego dnia dokładnie tym czego obawiają się wszyscy, którzy przestrzegają przed nadmiarem betonowania powierzchni miejskiej. Temperatura doskwierała coraz mocniej, a cienia niewiele. Zwłaszcza, że ulica jest dość szeroka jak na deptak. Duże ogródki po obu stronach i pasy ruchu pieszych w każdą ze stron są nieco ciekawe same w sobie, ale jak spojrzymy na szyldy miejsc przy tej ulicy to już robi się mniej klimatycznie. Coraz więcej sieciówek sprawia, że w zasadzie gdyby szerokość ulicy pozwoliła to mógłby to być deptak w każdym innym mieście. Pewnie tylko znajdujący się na końcu deptaka Plac Litewski i Pomnik Unii Lubelskiej miałyby swoich odpowiedników. Mimo wszystko przespacerujmy się nim.

Centrum Spotkania Kultur – o co tu chodzi?

Kierujemy się jednak dalej trzymając się lewej strony drogi, aż dochodzimy do nowoczesnego budynku Centrum Spotkania Kultur. Jesteśmy w kompletnie innym miejscu w czasie niż starówka. Tutaj zobaczymy wszystko to co spotykamy w nowoczesnym wzornictwie, ale to jest dodatek. Naszym celem są dwa najwyższe piętra budynku gdzie znajduje się szklany korytarz oraz ogród na dachu. Brzmi łatwo? Nic bardziej mylnego. Znalezienie odpowiednich schodów i wyjścia jest trochę loterią. Ludzi tam prawie nie ma (jest piątek długiego weekendu przypominam!) więc czujemy się tak jakbyśmy weszli do teatru i chodzili po nim nie niepokojeni przez nikogo.

W końcu docieramy tam gdzie chcieliśmy i zderzamy się z opinią o sztuce nowoczesnej. O ile wcześniej design był konkretny tak teraz jest dość otwarty, by nie powiedzieć neutralny. A od tego niedługa droga do nudnych wzorów. Bez wątpienia jednak na plus jest ogród w postaci roślin oraz pasieki na dachu. Szklany korytarz jest w pewien sposób ciekawy, ale z drugiej strony jest na poziomie  innych budynków więc nie sprawia niebywałego wrażenia. Chociaż widać z niego dalszy punkt naszego planu, po drugiej stronie ulicy.

Ogród Saski

To znajdujący się po drugiej stronie Alei Racławickich najstarszy park miejski liczący blisko 200 lat. To właśnie tam udaje nam się schować w cieniu licznych drzew i pospacerować parkowymi alejkami. Bez wątpienia to świetne miejsce na wypoczynek w centrum miasta. Zwłaszcza, że turystów tam znacznie, znacznie mniej niż na starówce.

Po tym udajemy się do hotelu, by chwilę odpocząć i wyjść wieczorem do centrum. Po drodze jeszcze, na Krakowskim Przedmieściu, wstępujemy na pizzę do knajpy o nazwie STUDNIA. Oceny miała w porządku i możemy potwierdzić – wszystko bardzo dobre.

Lublin na wieczór – ileż to miasto zyskuje!

Tego wieczoru padać nie ma więc wychodzimy do centrum. Najpierw leniwe piwo na Rynku, udaje się znaleźć wolny stolik. Albo w sumie nie do końca stolik – podoba mi się, że są tam miejsca, które sa zwrócone w kierunku rynku. Tak, by można było rzeczywiście obserwować miasto i wspólnie o nim rozmawiać zamiast siedzieć jak zwykle naprzeciwko siebie. Niestety problem jak mwóiłem – dobrego, rzemieślniczego piwa brak. Następnie chcieliśmy zjeść coś lekkiego i skuszeni opiniami kierujemy sie do Perłowej pijalni piwa i ich ogródka. Wszystkie stoliki jednak zajęte, do tego mała kolejka. Pech chciał, że są oni kilkanaście metrów od Jazzve, które poznaliśmy wczoraj.

I tym razem Jazzve wygrywa, ale dziś towarzyszy nam rozsądek i rzeczywiście coś lekkiego ląduje na talerzach. Można? Można? Oraz udaje się zjeść na zewnątrz.

Wracamy na starówkę i deptak. Bez wątpienia to jest to czym się Lublin wybija pozytywnie. Szerokie Krakowskie Przedmieścia, przytulny Rynek i łącząca to wszystko klimatyczna Grodzka są w stanie sprawić wrażenie kompletności dla osób, które nie szukają czego więcej. Ale jeśli już ktoś lubi zajrzeć w mniej turystyczne rejony to może nie wystarczyć. Wracając do naszego wieczornego spaceru uwagę przykuwa „Podwórko”, ale z braku miejsca wracamy na Rynek gdzie udaje nam się znowu znaleźć jakieś przyjemne miejsce na piwo.

aIMG_4777

Pora wrócić spacerem do hotelu. Jutro trzeba będzie stąd wyjechać, aczkolwiek w planie mam jeszcze coś lokalnego…

Sobota – Muzeum Wsi Lubelskiej, Park Zdrojowy w Nałęczowie oraz Kazimierz Dolny

Muzeum Wsi Lubelskiej

To lokalne coś to wizyta w Muzeum Wsi Lubelskiej. Dość dużym skansenie, który jak dojechaliśmy tam na godzinę 09:30 był prawie pusty. Dostępny i bezpłatny parking zachęca do odwiedzin i spaceru.

A jest co zwiedzać i nawet jest jakaś ścieżka zwiedzania to bardzo dużo obiektów jest pozamykanych. Pamiętajmy jednak, że byliśmy w zasadzie niedługo po zlikwidowaniu części obostrzeń wynikających z pandemii. Chatki to jedno, ale żywe zwierzęta to drugie. W takim otoczeniu zawsze dodają uroku i realizmu. Poza tym, od 7 lat dostępne jest zrekonstruowane miasteczko sprzed II Wojny Światowej. Zajrzymy na pocztę, do fryzjera czy sklepu żelaznego nie wspominając o szewcu, który na pewno był bardziej oblegany niż jest teraz. Wprawdzie plac przed budynkami wydaje się dość pusty to spacerując nie do końca zgodnie ze ścieżką trafilismy na zabytkowe konstrukcje, które może kiedyś wypełnią ten plac. Bez wątpienia jednak warto tam wpaść, by uzupełnić wiedzę o tym jak to wyglądało kiedyś. W końcu my mamy Lednicę, oni też muszą mieć jakiś skansen, to kawał historii.

IMG_4789

Park Zdrojowy w Nałęczowie

Następnym punktem na mapie jest Nałęczów. Auto zostawiam na parkingu tuż przed jego bramą – godzina kosztuje 6PLN, a nie spędzicie ich więcej niż dwie. My uwinęliśmy się w jedną, a jeszcze byliśmy w sklepach.

Co o Nałęczowie należy wiedzieć to to, że jest uzdrowiskiem kardiologicznym. Specyficzny mikroklimat pozwala obniżyć ciśnienie krwi, a 25 hektarowy Park Zdrojowy bez wątpienia jest miejsce gdzie można spędzać godziny. Nawet jeśli było tam trochę ludzi (przypominam, my byliśmy w sobotę długiego weekendu) to jest na tyle dużo miejsca, że każdy będzie miał gdzie zrobić swój piknik.

My poświęcamy czas na spacer. Jesteśmy na wakacjach, ciśnienie w normie.

IMG_4804

Kazimierz Dolny po raz pierwszy

Do Kazimierza Dolnego mamy ok. 25km. Tam nocleg znaleźliśmy w miejscu Nadrzeczna 55. Uprzejmy właściciel, dostępność na jedną noc, parę minut spaceru i jestesmy na Rynku – Kazimierz Dolny wcale nie jest taki duży. Dojazd, zostawiamy auto, chwila odpoczynku i zbieramy się na rynek.

I tam po raz pierwszy zderzyliśmy się z polską turystyką. Miasteczko jest ładne, nie ma co ukrywać. Zapach starych, drewnianych domów unosi się wręcz na ulicach, gdy się spaceruje pomiędzy nimi. Ale kazimierski rynek w sobotę przypominał naprawdę deptak nad morzem w szczycie sezonu. Razem z wróżkami przepowiadającymi przyszłość, razem z chińskimi zabawkami pełniące formę pamiątek. Ludzi od groma. I owszem, ryneczek ładny tylko co z tego, że to zadeptane?

IMG_4805

Zamek i Baszta w Kazimierzu Dolnym

My kierujemy się na ruiny zamku w Kazimierzu drogą z prawej strony kościoła. W prawo będzie odchodzić droga na Górę Trzech Krzyży, ale to sobie zostawmy na jutro. Jutro rano będzie chłodniej. Wdrapujemy się do zamku i kupujemy bilet. Płatność tylko gotówką. Bez wątpienia to świetny punkt widokowy na Wisłę i sporą część Kazimierza. Same ruiny bez szału, ale wykorzystanie turystyczne w porządku. Zwłaszcza, że w cenie biletu mamy również wejściówkę na położoną wyżej basztę. Nie marnujemy takiej szansy i raz dwa wchodzimy na górę. „Jeszcze wyżej, jeszcze ładniejszy widok” sprawdza się bez wątpliwości.

IMG_4810

Gdzie zjeść w Kazimierzu Dolnym?

Mierząc się z problemem ilości turystów bardzo ciężko znaleźć naprawdę dobrą knajpę. Wielu ludzi ocenia rzeczy nie w skali od 1 do 5, a bardziej albo 1, albo 5 co powoduje zaburzone oceny na portalach takich jak Google Maps czy Trip Advisor. My wybraliśmy Kaslik, zobaczymy co nam nam język przyniesie kazimierska wersja kuchnii libańskiej.

Pomimo paruminutowego na wolny stolik organizacja jest dośc dobra i zamówienie zostaje przyjęte. Obsługa i kuchnia też raz dwa się uwinęły i dostaliśmy to co chcieliśmy. Myślę, że to był bardzo dobry wybór. Wprawdzie smaki i przyprawy były dość delikatne, jakby chciały się przypodobać tym wszystkim masowym turystom to kompozycja była ciekawa, ze swojej strony polecam to miejsce.

Wieczór w Kazimierzu Dolnym

Wróciliśmy do miejsca noclegowego, by trochę odpocząć. W końcu ci wszyscy ludzie muszą się rozejść, nie? Temperatura trochę spadła, dało się oddychać. Podczas spaceru na rynek i dalej zauważamy, że parkingi dla przyjezdnych już pustoszeją. Spacer Bulwarami Nadwiślańskimi brzmi bardzo dobrze, można też się zatrzymać przy jednej z licznych restauracji na coś większego czy mniejszego. W pewnym momencie jednak trzeba podjąć decyzję o obrocie w miejscu, by wrócić tę samą drogą wzdłuż największej z polskich rzek.

Wracając odwiedzamy jeszcze „Altro Da Christiano” gdzie szukając relaksu na leżakach bierzemy jakąś małą przekąskę oraz coś na orzeźwienie. Dzieciaki wprawdzie trochę hałasują na małym placu zabaw, ale nie jest to przesadnie uciążliwe. Chwila odpoczynku.

Dalej kierujemy się leniwym krokiem na rynek i ulice Senatorską/Nadrzeczną. Chcielibysmy usiąść przy stoliku Kawiarni w Muzeum, ale obserwując przez chwilę totalny brak zainteresowania obsługi odpuszczamy temat. Wracamy na rynek, dojrzałem jakieś miejsce na jednym z rynkowych ogródków. Niestety – wybór piw jak zwykle mały więc wybieram najmniejsze zło. Za to ceny wysokie.

Wracamy na Nadrzeczną 55, by odpocząć. Z przyczyn czasowych nie odwiedziliśmy żadnego wąwozu z których słynie Kazimierz Dolny. Ale nie wiem czy bym chciał przy takiej frekwencji. To chyba kolejne miejsce, które warto zbadać w chłodniejszych miesiącach niż te wakacyjne.

Niedziela – Góra Trzech Krzyży, Zamek w Janowcu i droga do domu

Pobudka klasycznie o 08:30. W naszym miejscu noclegowym śniadania nie mamy więc wybieramy się do Piekarni Szarzyńskiego. Wprawdzie kolejka wystaje poza drzwi lokalu to „na szczęście” wszyscy za pieczywem. Kilka wolnych stolików jest więc bez najmniejszego problemu zamawiamy odpowiednią opcję śniadaniową dla nas.

Góra Trzech Krzyży

Po jedzeniu wracamy do pokoju, by się spakować. Wrzucamy wszystko do auta i wracamy raz jeszcze na kazimierski rynek, ale tym razem kierujemy się na Górę Trzech Krzyży. Na szczycie trzeba uiścić odpowiednią opłatę więc koniecznie zabierzcie gotówkę! Wejście na górę jest na prawo od kościoła widocznego z rynku. Dość dobrze oznaczone. Ścieżka w górę prowadzi głównie schodami i nie powinna stanowić problemu dla każdego kto rusza się trochę więcej niż z domu do samochodu. Na samej górze zgodnie z nazwą znajdziemy trzy krzyże, które upamiętniają ofiary cholery, oraz podobno najbardziej znany punkt widokowy na Kazimierz Dolny.

IMG_4822

Zamek w Janowcu

By dostac się do Janowca potrzebujemy przekroczyć Wisłę. Można to zrobić albo w Puławach nadrabiając ok. 20 kilometrów albo skorzystać z przeprawy promowej Kazimierz Dolny – Janowiec. My wybieramy tę drugą opcję. Trzeba pamiętać, by mieć gotówkę (ok. 15PLN za auta i dwie osoby), by uiścić opłatę za przewóz.

Nawigacja bez problemu prowadzi nas do Zamku w Janowca choć droga nie jest najlepsza. Parkingi są dwa: jeden płatny (możliwa płatność kartą, przy zakupie biletu do zamku) będzie tuż przed zamkiem kiedy wjedziemy na jego teren przez swojego rodzaju bramę. Drugi, trochę dalej, ale darmowy jest zaraz przy drodze (przy dojeździe od strony promu parking zobaczycie mijając wspomnianą drogę wjazdową).

Co warto wiedzieć o Zamku w Janowcu? Poza dość dobrym zachowaniem i charakterystycznych paskach na froncie warto wiedzieć z ciekawostek, że do 1975 roku znajdował się on w prywatnych rękach, a na jego terenie urządzano bankiety. Powinniście bez problemu znaleźć odpowiednie zapiski o tym świadczące w wewnętrznych galeriach.

IMG_4831

Poza zamkiem, po zakupie biletu, mamy do dyspozycji punkt widokowy (w sumie ten jest akurat darmowy) oraz spacer, by zajrzeć do dworu wraz ze spichlerzem gdzie przy okazji zobaczymy jak się dawniej przeprawiano przez rzekę. To akurat bardzo przyjemnie przygotowane miejsce, zdecydowanie warto tam zajrzeć.

Zwłaszcza, że to ostatni punkt na naszej mapie atrakcji. Wracamy do auta i ustawiamy nawigację na Dom. Przed nami nieco ponad 400 kilometrów drogi, którą powinniśmy pokonać w ciągu 4,5-5 godzin.

Bez wątpienia, Lubelskie nie jest blisko, na weekend ciężko tam „skoczyć”, ale bez najmniejszej wątpliwości to rejon w którym jeszcze się pojawię.

Podsumowanie

1800 kilometrów autem, 30 na rowerze, w nogach trudno powiedzieć. Dziesiątki atrakcji odwiedzonych, by samodzielnie wypracować sobie opinię o Lublinie i jego okolicach:

  • Zamość – miasto idealne architektocznie
  • Roztoczański Park Narodowy – nieprzebrane lasy i wieczny brak zasięgu co było tym razem pozytywnym aspektem
  • Lasy Janowskie – dość kompaktowe, idealne do zwiedzenia rowerem
  • Poleski Park Narodowy – pomimo bardzo dużej ilości ścieżek wydaje się być bardzo popularny – moim zdaniem wystarczy wizyta na ścieżce Spławy
  • Lublin – syndrom paryski na początku, ale zakończony pozytywnie – miasto bardzo dużo zyskuje wieczorem
  • Kazimierz Dolny – trochę zadeptany przez turystów, ale bez wątpienia jedno z miejsc koniecznych do odwiedzenia chociaż raz w życiu

Koszty

Całkowity koszt wyjazdu dla dwóch osób na tydzień wliczając paliwo, noclegi, jedzenie i całą masę wszystich kosztów to 2400-2500PLN. Czy to dużo? Nie wyrokuję, bo kwestia finansowa jest subiektywna. Poniżej ukazuję główne wydatki:

Paliwo (1800km)
(spalanie założone 6,5l/100km; mi wyszło 6,2l/100km)
500,00 zł
Autostrada A2 64,00 zł
Nocleg Zamość + śniadanie 380,00 zł
Nocleg Lasy / Roztocze  + śniadanie 208,00 zł
Nocleg Lublin + śniadanie 300,00 zł
Nocleg Kazimierz Dolny 160,00 zł
Jedzenie 750,00 zł
Muzea 150 – 200,00 zł
SUMA  2 537,00 zł

Dodaj komentarz