Choć o Górach Sowich popełniłem już dwa posty (Góry Sowie na weekend z Poznania + Góry na jeden dzień z Poznania – Góry Sowie) to mam do nich pewien sentyment. Może to dlatego, że to właśnie od nich zacząłem weekendowe wizyty w górach? A może to pochodna bliskości do Poznania? Nie doszukując się ostatecznej odpowiedzi znalazłem się jednak na końcu października – brak wyjazdów w ostatnich tygodniach lekko dawał o sobie znać, ilość pracy, a do tego ciągłe deszcze sprawiały, że byłem dość mocno zmotywowany, by ruszyć gdzieś w pierwszy weekend listopada.
Moim wstępnym celem były Rudawy Janowickie, bo dawno tam nie byłem, ale niepewne prognozy pogody sprawiły, że rezerwacji nie zrobiłem i… nadszedł piątek. Ocena Rudaw – deszcz cały weekend, bez sensu. Wrzucając losowo góry w meteoblue.com odkryłem, że sobota ma być przepiękna właśnie w Górach Sowich choć niedziela niepewna – deszcz od godzin popołudniowych. To teraz tylko znaleźć nocleg…
Nocleg
Może to kwestia święta w pierwszy weekend listopada, ale w piątek okazało się, że Booking.com zaproponował Sowią Dolinę. Kasa w porządku, śniadanie w komplecie, opinia >9 wygląda miło, a standard powinien być okej. Choć na Facebook’u znalazłem, że część restauracyjna nie będzie dostępna przez święto to po telefonicznym zapewnieniu, że śniadania są niezależne kliknąłem „Rezerwuj”.
Po dojeździe na miejsce okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Choć sam budynek pamięta dłuższą historię to na szczęście mocno go doinwestowano i z nowoczesnością na parterze, na górze mamy górski klimat. Pokój, łazienka zdały egzamin celująco, a śniadanie było naprawdę zaskakująco bogate jak na taki hotelik.
Jest jeszcze jeden plus – lokalizacja. Położenie w dolinie sprawiło, że gdyby nie późniejszy wyjazd na kolację do Pieszyc to samochodu praktycznie bym nie ruszał.
Trasa na Wielką Sowę
Link do Mapa Turystyczna: https://mapa-turystyczna.pl/route/11c6l
Z hotelu musimy podejść drogą do dawnego hotelu Czarny Rycerz. Za nim zaczyna się czarny szlak (choć kawałek można pominąć sentymentalną ścieżką „Czarny Rycerz”, ale jeśli nie macie mapy turystycznej w telefonie to nie polecam). Start jak to każdy górski start – dajmy sobie czas na przystosowanie się do marszu pod górkę, nie ma co się spieszyć. Na tym odcinku nie spotkamy raczej zbyt wiele osób nawet jak dojdziemy do skrzyżowania ze szlakiem niebieskim. Droga jest prosta, szeroko i pnie się w górę od czasu do czasu pozwalając zobaczyć coś więcej.
Więcej ludzi zapewne spotkamy po dotarciu do Koziego Siodła. Tutaj wchodzimy na szlak czerwony, który idzie od Przełęczy Jugowskiej skąd wiele osób zaczyna swój spacer. Ścieżka stanie się węższa niż leśna droga, ale ciągle będzie pozwalała na bezproblemowe wyprzedzanie ludzi, bo jednocześnie profil nachylenia będzie mniejszy niż na szlaku czarnym (przypominam jednak – to nie kolor szlaku decyduje o trudności!). I w sumie tyle – niebawem docieramy do Wielkiej Sowy z charakterystyczną wieżą widokową na którą możemy wejść (01/11 było bezpłatnie).
W sobotę trafiliśmy na przepiękną pogodę i choć z wieży było widać chmury to też było widać jej wysokość Śnieżkę ponad chmurami, a to ponad 50 kilometrów!


Droga powrotna szlakiem niebieskim jest rzadko wybierana przez turystów. Przede wszystkim samo wyjście na niebieski szlak za minibarem na Wielkiej Sowy jest słabo widoczne. Do tego mocno lesista ścieżka sprawia, że aplikacja w telefonie pomaga utrzymać poprawny azymut, ale spotykamy zaledwie kilka osób na szlaku o tym kolorze. Stety/niestety – przez zakryty teren jest mocno błotniście jeśli ostatnio padało i nie miało kiedy wyschnąć (a tego nie sposób oczekiwać w listopadzie kiedy paradoksalnie tydzień wcześniej był tam pierwszy, delikatny śnieg z tego co wiem).
Jednak im niżej tym mniej błota, a szlak zaczyna przypominać leśną ścieżkę, a potem drogę zasypaną pomarańczo-czerwonymi liśćmi. Po jakimś czasie szlak niebieski łączy się z żółtym, którym kontynuujemy przyjemny spacer do osady Kamionki. Tyle, że znajdziemy się tam trochę za nisko więc będziemy musieli przejść przez tę osadę, by wrócić do Doliny Sowiej. Choć ten chodnikowo-asfaltowy spacer może się nieco dłużyć to osobiście jednak polecam takie spacery – można dostrzec wtedy, że góry to nie tylko szlaki turystyczne, turyści, miasta takie jak Karpacz, Szklarska Poręba, ale również prawie zapomniane przez Boga takie osady, które mimo wszystko dają radę.
Trasa do schroniska PTTK Zygmuntówka
Link do Mapa Turystyczna: https://mapa-turystyczna.pl/route/11cdd
Niestety prognozy się nie utrzymały. Kiedy bukowałem nocleg prognozy zakładały opady od godzin wczesnopopołudniowych, a tymczasem kiedy wychodziliśmy z hotelu przed godziną 10 już zaczynało kropić. Teoretycznie – można wsiąść w auto, podjechać wyżej na Przełęcz Jugowską i stamtąd w 10min dojść do schroniska, ale… co to za frajda.
Uzbrojeni w peleryny przeciwdeszczowe wyruszyliśmy ponownie prosto z hotelu, by tuż przed Czarnym Rycerzem skręcić w lewo – na szlak zielony. Choć mamy 400 metrów w górę to głównie będziemy spacerować leśnymi ścieżkami. Brzmi dobrze, ale na początku listopada to praktycznie stąpanie po stertach liści z nadzieją, że tam gdzie akurat przenosimy ciężar ciała nie ma jakiegoś dziwnie wyprofilowanego kamienia. Sama ścieżka jednak jest bardzo czytelna i po godzinie dotarliśmy na przełęcz. Stamtąd zostało już 10min do PTTK Zygmuntówka.
I wiecie co jest najlepsze w deszczowe dni w górach, a tym bardziej w takich niższych? Że prawie byliśmy tam sami. Jedna para starszych osób, do tego przez chwilę przewinęło się dwóch chłopaków, którzy z psami mieli plan trekkingu aż do Wałbrzycha. Nic tylko wziąć coś gorącego ze schroniskowej kuchni i delektować się deszczem za oknem, trzaskami palonego drewna za oknem i towarzystwem lokalnych kociaków (co ciekawe specjalnie za kotami nie przepadamy, a nie podrapały nas!).
Niestety – pogoda nie rozpieszczała, prognozy mówiły tyle, że może padać coraz mocniej więc po kubku gorącego napoju wróciliśmy tą samą drogą i już przed 12stą wyjeżdżaliśmy z Kamionek z nawigacją nastawioną na Poznań.
Podsumowanie
Niby pogoda w niedzielę nie dopisała. Niby już przed południem wyjeżdżaliśmy do domu. Ale kilka tygodni w domu, w tym samym otoczeniu sprawiły, że nawet tak krótki wyjazd wpłynął doskonale na samopoczucie. Listopadowa sobota ze swoją idealną, wręcz wiosenną pogodą oraz wizytą na Wielkiej Sowie dała satysfakcję. A niedziela, choć deszczowa, to w połączeniu z krótkim trekkingiem, pelerynami przeciwdeszczowymi i wizytą w spokojnym schronisku górskim (ciekawe ile osób w ogóle miało okazję być w tak nielicznej grupie w schroniskach…) – to naprawdę dobrze działa.
Także plany planami, ale czasem warto wymyślić weekendowy wyjazd nawet w piątek wieczorem – albo skorzystajcie z funkcji Losuj post gdzieś tam na górze strony 😉





Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.