Seria Góry na weekend to wpisy w których przekonuję Was, że nawet nie biorąc urlopu warto rozważyć wyjazd na południe kraju. Idea z reguły jest prosta – dojazd, szlak pieszy, nocleg, powrót innym i powrót.
Konsekwentnie od paru lat udaje mi się wyjeżdżać w weekend poprzedzający Święta Bożego Narodzenia. Mały, męski wyjazd, by przemaszerować kilkanaście kilometrów dziennie (pamiętajmy, że słońce zachodzi szybko – do przesilenia zimowego lada chwila), oderwać się od codziennego zgiełku i po prostu psychicznie odpocząć. Grudzień 2025 był trochę inny niż te z poprzednich lat – prawie nie było śniegu! To sprawiało, że raczej nie groziło nam powolne i trudne torowanie szlaków, a bardziej przyjemny i w miarę szybki trekking. Skoro tak – wybrałem coś dłuższego.
Dzień pierwszy
Bilet wstępu to KPN: https://kpn.gov.pl/bilety
Dojazd: nieco ponad 4h do Parking P1 / Szpindlerowy Młyn [GoogleMaps] / Płatność kartą w automacie na miejscu – 2 dni to 2x100CZK – pozostałe parkingi za pozostawienie auta na noc pobierają nawet 10 razy więcej.
Trasa: 6h / 18,5km / Link do Mapa Turystyczna
Zaczyna się leniwie, płasko, bo mamy do przejścia Szpindlerowy Młyn. Na szczęście kolor niebieski szybko zabiera nas na leśne ścieżki i jest prawie całkowicie nizinnie aż nie dokonujemy zmiany barwy na zielonej. To podejście na Przełęcz Karkonoską, która trochę nas zmęczy, ale hej – nigdzie się przesadnie nie spieszymy! Zwłaszcza, że kiedy w końcu z mgieł wyłoni się Spindlerova Bouda to lada chwila po niej jest jedno z większych schronisk PTTK Odrodzeniec – do którego naturalnie zaglądamy na grzane wino.
Tak naprawdę to tyle z podejść tego dnia. Przechodzimy na czerwony szlak, który jest głównym karkonoskim traktem. Jest grudzień, nie ma śniegu, ale jest też lód. Jednocześnie wystaje wiele potencjalnie bezpiecznych kamieni po których prawie wszyscy zręcznie maszerują. Czasem jednak ktoś się poślizgnie więc raczki w plecaku zdecydowanie warto mieć. A poważnie to dalekie widoki ogranicza mgła. Na naszej trasie mamy takie miejscówki jak Szyszak, Słonecznik (tutaj można rozważyć skrócenie trasy by iść Pod Pielgrzymami zamiast przez Spaloną Strażnicę – my nie mieliśmy takiej możliwości bo dojście do Pielgrzymów było akurat zamknięte z powodu remontu) czy krawędzie kotła – tam udaje się zobaczyć coś co warto pokazać na zdjęciu.
Dotarcie do Spalonej Strażnicy to jednak formalność, a przy niej skręcamy na dół w kierunku schronisk – najpierw Strzecha Akademicka, a potem Samotnia i znacznie więcej ludzi. Strzechę pomijamy, przy Samotni na chwilę się zatrzymujemy na batonika na zewnątrz. Ludzi tyle, że nawet nie chcemy wchodzić do środka. Uświadamiam sobie, że w sumie to dawno tutaj nie byłem a faktycznie jest tu pięknie – można by tu wrócić na wiosnę. Nasza dalsza trasa to już formalność w dół – niebieski i zielony szlak prowadzą nas prosto do Karpacza (a raczej jego obrzeży) w którym meldujemy się równo z godziną zachodu słońca. Choć wydaje się jeszcze jasno to kwestia 15min i zapada zmrok. Idealna organizacja której wielu brakuje – dosłownie tuż przed zejściem do Karpacza para nas zapytała ile czasu zajmie im dotarcie do Samotni. Adidasy (w grudniu), żadnego plecaka z potencjalną latarką, nic. Niesamowite jak w świecie kiedy masz wiedzę na wyciągnięcia palca ludzie nie potrafią z tego korzystać.
Dzień drugi
Trasa: 7h / 21km / Link do Mapa Turystyczna
Nasza miejscówka jest w idealnym miejscu. Dosłownie 5 minut i jesteśmy już na szlaku, który na początku leniwie, ale potem trochę bardziej zaczyna piąć się w górę. Nie wiem jednak czy to efekt dnia drugiego, ale wchodzi mi się lepiej niż wczoraj. Po wdrapaniu się czeka na nas czeskie schronisko Jelenka – niestety okazuje się być zamknięte więc tylko częstujemy się własną herbatą przy stołach na zewnątrz obiektu. Po Jelence – tutaj pamięć mnie nie zawiodła – szlak konkretnie idzie w górę. Ujemna temperatura sprawiła, że na samym środku wąskiej ścieżki zrobił się lód, ale doskonale idzie nam korzystanie z bocznych fragmentów szlaku. Ponownie pamięć mnie nie zawodzi – Czarna Kopa oznacza wypłaszczenie i mniejsze nachylenie, które tylko na moment zwiększa się tuż przed Śnieżką.
Co na Śnieżce słychać? Śniegu prawie nie ma, Droga Jubileuszowa otwarta, a ludzi sporo. I wszyscy kombinują zakosami w większości bez raczków asekurując się tylko trzymanymi łańcuchami. Na szczęście jednak bokiem można przejść bez problemu. Brak odwiedzin w Jelence wynagradzamy sobie grzanym winem w Domu Śląskim jednak ilość ludzi skutecznie zachęca nas do szybkiej konsumpcji, by udać się na szlaki po czeskiej stronie. Momentalnie ludzi jest mniej. Co więcej jakimś cudem wyleciał mi z pamięci ten fragment Karkonoszy – niezwykle płaski i łagodny gdzie niby jesteśmy w górach, a czujemy się jakby te góry były szersze niż zwykle.
Idzie się tak przyjemnie, że schroniska tylko mijamy, by dotrzeć do zielonego szlaku, który łagodnie, ale bardzo przyjemnie sprowadzi nas do Szpindlerowego Młyna. Pojawiają się śliskie moment, czasem można rozważyć raczki, a co najmniej asekurację gałęziami. Do miasteczka docieramy jednak na jego obrzeża więc jeszcze trochę czasu zajmuje nam dotarcie do parkingu. Mamy świetny czas. Jeszcze przed zmrokiem, a przecież jeszcze 4h powrotu + staniemy by coś zjeść.
Gdzie zjeść i gdzie spać
Wiecie jaki jest problem z Karpaczem? Że niesamowicie się ciągnie. Jednak na tych naszych wypadach w góry kiedy nocowaliśmy w jakichś maleńkich osadach to nie przywykliśmy do tego, że knajpa albo nocleg są daleko. Albo to, że niby zeszliśmy do miasteczka, ale do knajp czy miejscówki na noc mamy jeszcze 40min spaceru.
Nasze miejsce noclegowe było bardzo na uboczu Karpacza – Dom Polana [Booking.com]. Dlaczego to wybraliśmy? Wysokie oceny na Bookingu to podstawka, ale przede wszystkim idealne miejsce pod kątem logistycznym dla naszej trasy. Choć dotarcie do niego pierwszego dnia trochę nam zajęło (przejście prawie całego Karpacza) to dnia drugiego lada chwila wchodziliśmy na leśne drogi zamiast tracić czas na kluczenie asfaltowymi drogami. Zwłaszcza, że trasa na dzień drugi jest zawsze dłuższa – odchodzi nam poranny dojazd czyli jakieś 1-2h dodatkowego czasu za dnia.
Miejscówka noclegowa bardzo przyjemna. Jest spore pomieszczenie jadalne z wieloma stolikami i krzesłami (i bardzo klimatyczne w świąteczne dodatki w grudniu) gdzie mogliśmy zjeść co mieliśmy oraz śniadanie o poranku (śniadań nie ma w obiekcie). Jest dostęp do czajnika na korytarzu z herbatami, są cukierki na poczęstunek. Pokoje są bardziej surowe niż korytarz, ale na jedną noc pasują nam idealnie. Zwłaszcza, że i tak po podróży autem i ok. 20 kilometrach w nogach padamy spać przed godziną 22.
—————————
Długi spacer do Domu Polana sprawił, że ostatecznie doszliśmy do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem będzie zamówienia jedzenia z dowozem do naszego miejsca noclegowego. Jeśli chodzi o knajpę przyznam, że nie mam swojej ulubionej w Karpaczu poza szkolną stołówką. Kontrolnie przypominam post sprzed paru lat gdzie komentowałem dwie miejscówki: Karpacz – jarmarkowy kicz czy górskie miasteczko?
Kiedy jednak przychodzi do jedzenia na zamówienia to jednak uniwersalna jest pizza i tutaj przyznam, że miałem flashback z przeszłości – to było dobre kilkanaście lat temu, ale już wtedy, jako dziecko, poszliśmy do Pizzeri Diabolo. Oczywiście nie mam bladego pojęcia jak wtedy oceniłem walory smakowe, ale stwierdziłem, że dobrze byłoby sprawdzić jak wygląda taka knajpa z dłuższą historią. Czy serwuje ciężką pizzę w polskiej wersji czy jest lepiej?
Czas realizacji poszedł sprawnie, niecała godzina od zamówienia przez telefon i do jadalni trafiły 3 cieplutkie włoskie placki. Choć widać, że to klasyczna polska forma to na szczęście nie są to ociekające serem ciężkie kawałki, które zapchają nas po jednym kawałku, a bardzo treściwe jedzonko, które okazało się być idealnym wyborem dla naszych potrzeb. Zamówiłbym ponownie.
Podsumowanie
To, że Góry na weekend to świetna opcja to nawet nie chce mi się przypominać. Jednak to co szczególnie zobaczyłem podczas tej wycieczki to to, że często zbyt szybko zapominam o czeskiej stronie. O tym, że często jest tam mniej ludzi niż przed granicą, że parkingi są bardziej zorganizowane. A może to czas, by zjechać całe Czechy? Może. Najpierw jednak wizyta w Karkonoszach przypomniała mi o jednym karkonoskim planie. Teraz tego nie udało się zrealizować, ale przyjdzie na to czas.
Czy dla każdego jest wyjazd z dzisiejszego posta? Nie do końca. Ponad 20 kilometrów każdego dnia może dobić tych, którzy chodzą od święta dlatego ostrożnie szafujcie swoje siły. Technicznie można trasy skrócić, ale raczej tylko w sezonie pozazimowym. Pierwszy dzień wtedy możecie przejść przez Pod Pielgrzymami omijając Spaloną Strażnicę oraz schroniska. Drugi natomiast – możecie kierować się na szlak przez schronisko „Nad Łomniczką” zamiast na Jelenkę. Pamiętajcie jednak, że na sezon zimowy czerwony szlak od Łomniczki na górę jest zamykany z powodu zagrożenia lawinowego – stąd to rozwiązanie tylko na lepsze okresy.







Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.