Wpis jest częścią serii: „Szwajcaria 2025 w 12 dni / Bajeczne doliny, kolejki linowe i… czy serio tak drogo?”
Jezioro Genewskie to największe jezioro w Europie Zachodniej, ale nie w Szwajcarii, a to dlatego, że na jego wodach graniczy z Francją. Jednak – najbardziej wysunięty obszar kraju na zachód, poza CERNem, który opisałem w poprzednim poście na pewno ma coś do zaoferowania prawda?
Genewa – niestety zabrakło czasu
To miasto jest legendą samą w sobie. Kojarzy się każdemu z wysokimi cenami, z luksusem, ale jeśli chodzi o samo miasto pod względem turystycznym to research nie zachęcił mnie do wizyty. Bo jak zareagować na informację, że mają tam siedzibę najwięcej organizacji międzynarodowych? Możemy odwiedzić Muzeum Czerwonego Krzyża. czy Muzeum ONZ (które jest terytorium międzynarodowym i należy mieć dowód osobisty), zobaczyć najwyższą fontannę w Europie ale… to punkciki. Ten międzynarodowy klimat z przewodnika trochę pachniał mi strasznie nowoczesnym Rotterdamem gdzie spacer w upale nie wywołał jakoś niezwykłych emocji estetycznych.
Lozanna – zrobiło się… francusko?
Nocleg za to dorwaliśmy w Lozannie i udaliśmy się na spacer. Przede wszystkim to miasto niezwykle rozciągnięte zarówno wzdłuż jak i w górę/dół. Położone na obszarze północnej Szwajcarii zwanej Jurą i tak jak ta polska ma pagórki tak samo jest w Szwajcarii. Czasem więc trzeba będzie podejść schodami, czasem skorzystać z windy jeśli będzie dostępna, ale tak szczerze mówiąc to… ciężko wyznaczyć jakiś sensowny szlak po tym mieście. Teoretycznie jest nazywana miastem sportu jako, że możemy tu wpaść do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego czy siedzib ok. 50 związków sportowych, ale… tego nie widać kiedy spaceruje się jej ulicami.
Widać za to mniej czyste chodniki niż przywykliśmy w innych miastach. Przy stacjach metra ktoś próbuje nam wcisnąć jakieś perfumy, ktoś krząta się jakby był zainteresowany zawartością kieszeni. Zdecydowanie brakuje też miejsc gdzie można usiąść, mam wrażenie, że to miasto nie ma spójnej starówki jaką znamy z wielu miast. Nie ma też sensownego szlaku, a spacer chodnikami obok których jeżdżą auta jest średnio przyjemny.
Okolice – wino przede wszystkim
No dobra, ale to co w ogóle nas zaprosiło w te okolice zwane Lavaux? Przede wszystkim to zagłębie winiarskie. O szwajcarskich winach jednak mówi się niewiele, a może to być efekt tego, że tylko kilka procent jest przeznaczony na eksport. Winnice jednak doskonale widać kiedy jedziemy wzdłuż Jeziora Genewskiego – winorośle wznoszą się na łagodnych pagórkach szwajcarskiej Jury. Jeśli chodzi o zwiedzanie to Muzeum Wina jest w Boudry, bardziej na północ w kierunku Nauchatel, ale tutaj też możemy się dobrze bawić.
Przede wszystkim są winne szlaki, które prowadzą wśród winnic. Z reguły zaczynają się one na jednej ze stacji kolejowych i kończą przy innej przy czym polecam tak sobie to zaplanować, by schodzić z górki zamiast się wspinać. Przy mijanych winnicach podobno można spotkać miejsce gdzie wino możemy kupić (a w zasadzie bardziej zostawić pieniądze za nie) i ta idea mi się bardzo podobała. Jeśli jeśli przyszło do planowania to okazało się, że ciężko znaleźć trasę na taki luźny spacer. Druga sprawa to czasy – na wielu stacjach pociągi jeżdżą co godzinę i jeśli się spóźnimy to co – będziemy godzinę siedzieć na dworcu? W pewnych warunkach to może być ciekawa propozycja, ale akurat tego dnia co byliśmy w Lozannie pogoda była bardzo niepewna. Ostatecznie zrezygnowaliśmy z tej aktywności.
Rejs do… (w naszym przypadku Montreaux)
Za to na Jeziorze Genewskim mogliśmy doświadczyć szwajcarskiego transportu. Do osad położonych nad brzegiem możemy dotrzeć nie tylko pociągiem, ale też statkiem. I to nie mówimy o małych tramwajach wodnych, ale naprawdę sporych jednostkach. Można też wybrać się w rejs czysto widokowy, ale my jednak chcieliśmy zobaczyć coś jeszcze.
Jednym z większych miasteczek i łatwych do dopłynięcia (a może i warto rozważyć na nocleg) jest Vevey. Choć widzieliśmy tylko z brzegu to teraz żałuję, że ostatecznie tam nie nocowaliśmy. To mniejsze miasteczko wydaje się być fajną bazą turystyczną + znajdziemy tam Muzeum Żywności Nestle, a to nie lada gratka, by poznać historię jak zmieniało się podejście do żywności przez dekady.
My jednak wybraliśmy się w dłuższy rejs, do Montreaux. Ta niewielka mieścina wprawdzie nie oferuje zbyt wiele dla turystów, bo spacer nad jeziorem jest czymś do czego totalnie przywykliśmy w Szwajcarii, ale ma też coś czego nie ma nigdzie indziej. Podobno to miasteczko jest idealne do natchnienia. Główną personą o której mowa – Freddie Merkury z zespołu Queen – to właśnie tutaj nagrał on swoją ostatnią płytę. W kasynie oddalonym o jakieś 15-20 minut od przystanku dokąd dotarliśmy promem, po wejściu głównym wejściem, na lewo docieramy do małego muzeum gdzie można zobaczyć trochę oryginalnych artefaktów po zespole Queen. Tam też możemy wejść do sali nagrań, w tym na miejsce gdzie stał Freddie podczas nagrywania ostatniego albumu.
Queen nie był jednak jedyny, który tam tworzył. Dostojewski, Hemingway, Hans Christian Andersen, Led Zeppelin, Iggy Pop, AC/DC i pewnie masa innych – na drodze ich wszystkich przewinęło się właśnie Montreaux. Ale trzeba też przyznać, że Freddie Merkury był właścicielem jednej z willi w okolicy, może dlatego tak istotnie zapisał się w historii, że postanowiono mu pomnik do którego zmierza spora część turystów.
Podsumowanie
Przyznam – okolice Jeziora Genewskiego potraktowałem trochę po macoszemu. Wizyta w CERN, brak Genewy, potem Lozanna, która niekoniecznie zachwyciła, spacer przez winnice, który się nie powiódł. Całe szczęście, że rejs i wizyta w Montreaux była przyjemna. Z drugiej strony – nie wiedziałbym, że Lozanna mi się nie podoba jeśli bym nie odwiedził…
Ale myślę, że gdybym teraz miał tam jechać to sprawdziłbym Vevey. Ponownie popłynął sobie w jakiś rejs. Może wpadł do Zamku Chillon położonego bajkowo przy brzegu jeziora. Tak to jednak czasami bywa kiedy chce się za dużo… 🙂








Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.