• Posty
    • Kategorie
  • Losuj
  • Mapa
  • Cykle
    • Las na weekend
    • Przewodnik – Poznań na weekend!
    • Powiat na weekend
    • Góry z Poznania
    • Miasto w pigułce
    • Województwo w turystycznej pigułce
  • O mnie
Logo Mikroprzygoda.com 2025

Mikroprzygoda.com

Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Post Type Selectors
Filter by Categories
Bez kategorii
Dolnośląskie
Europa
Góry
Kujawsko-Pomorskie
Lubelskie
Lubuskie
Łódzkie
Małopolskie
Opolskie
Pomorskie
Porady
Śląskie
Świat
Uncategorized
Warmińsko-Mazurskie
Wielkopolskie
Zachodniopomorskie
  • Instagram
  • Facebook

Szwajcaria 2025 / Emmentaler, zjawiskowe Berno i o chodzi z tym Fryburgiem

12 sierpnia 2025
Berno z Nydeggbrucke

Wpis jest częścią serii: „Szwajcaria 2025 w 12 dni / Bajeczne doliny, kolejki linowe i… czy serio tak drogo?„

Wstępny plan zakładał trochę inną trasę, ale pewna pomyłka w planowaniu sprawiła, że musieliśmy to trochę zmodyfikować. Na szczęście jednak Szwajcaria potrafi sporo wybaczyć pod tym względem – odległości nie są duże.

Serownia Emmentaler AOP

Na pewno każdy z Was kojarzy te popularne sery, które są w sklepach. Gouda, Edam i właśnie Emmentaler są nazwami, które czytałem już jako dziecko kiedy tylko nauczyłem się to robić. Jednak – kiedy ktoś Was zapyta skąd pochodzą sery to na pewno większość z Was wskaże Włochy, może ewentualnie Francję (zwłaszcza te o dyskusyjnym zapachu). Tymczasem dopiero kiedy zwiedzaliśmy Holandię to uświadomiłem sobie, że Gouda i Edamski tak naprawdę to serami holenderskimi i tak samo było z Emmentalerem – okazuje się, że jest on ze Szwajcarii.

O muzeum Emmentalera (GoogleMaps) w zasadzie ciężko znaleźć naprawdę sprawdzone informacje. Większość wiadomości na stronach skupia się na pokazowej serowni, ale te pokazy nie są przecież na okrągło. Miejsce (choć urocze jako szwajcarskie niewielkie wzgórza) też nie oferuje w zasadzie nic więcej więc naturalnym jest pytanie – czy warto? Coś mi mówiło, że tak, mieliśmy to w miarę po drodze i udaliśmy się na miejsce. Parking na kilkadziesiąt aut nie był specjalnie zatłoczony w tygodniu kiedy tam wpadliśmy. Naturalnie płatny i naturalnie mogliśmy opłacić w apce ParkingPay i wcale nie tak drogi.

Pierwsze wrażenie – „No dobrze, jest pokazowa serownia, jest kilka wycieczek dzieciaków, jest sklep i ogródek gdzie można usiąść, ale… czy to wszystko?”. Na szczęście zauważyliśmy potykacz, który zaprowadził nas do informacji w tym budynku (najbardziej po lewej, wejście od ulicy). Tam – pusto jeśli chodzi o turystów, klimat trochę surowy, bliżej informacji turystycznej niż sklepowi do którego weszliśmy w budynku obok. Jednak warto było zapytać „Co tu można zobaczyć”, bo wtedy powiedziała nam coś więcej o wycieczce King’s Way Tour o której trochę czytałem na stronie, ale nijak nie mogłem doprecyzować czy to jest tylko dla dzieci.

Pokazowa serownia Emmentaler

King’s Way Tour

Zapewniła, że bawić się będzie dobrze w każdym wieku, czas zwiedzania to 30 minut, na początek dostaniemy kawałek sera jednak nie mamy go jeszcze jeść, a dopiero kiedy lektor powie. No dobra, testujemy! Dostaliśmy po kawałku sera na wykałaczce, weszliśmy przez pierwsze drzwi do całkiem standardowo (jak na serownię) wyglądającego pomieszczenia. Pani życzyła dobrej zabawy i odpaliła trasę. I w tym momencie przestało robić się jak w typowej serowni. Nastała ciemność, podświetlono trójkę naszych pluszowych przewodników, którym oddano głos.

King's Way Tour Emmentaler

„30 minut w jednym pomieszczeniu?” – pomyśleliśmy, z jednej strony nieco zaskoczeni naprawdę fajnym startem z drugiej zaciekawieni co tam będziemy tyle czasu robić. Szybko jednak okazało się, że nie – to wcale nie jest jedno pomieszczenie, a wiele, całkowicie zautomatyzowanych przejść gdzie musimy podążać za naszymi przewodnikami. Przejścia są dość intuicyjne jednak zrozumienie angielskiego jest wymagane, by naprawdę dobrze się bawić. Niestety języka polskiego nie mają w ofercie.

Jak wspomniałem – pomieszczeń było kilka, każdy odcinek kręcił się dookoła sera Emmentaler, jego historii, ale co najważniejsze – każde przejście do kolejnego pomieszczenie robiło efekt „wow!”. Gdzieś przenieśliśmy się w czasie, gdzieś mogliśmy usiąść na dywanie, a gdzieś mogliśmy gibać się w rytm w muzyki. Dzieciaki na pewno będą bawić się znakomicie, a dorośli – jeśli nie są mentalnie na muzeach z dawnych lat to też chociaż na pewno znajdą się maruderzy z jednego powodu, który ja akurat doceniam – brak wyświetlaczy i tekstu do klikania, przewijania itd.

Całość muzeum jest zautomatyzowana. To świetnie opowiedziana historia działająca na przeróżne zmysły dzięki którym chłoniemy to wszystko – tak się powinno robić muzea. Tymczasem u nas wiele osób nie do końca rozumie ideę łączenia zmysłów i upraszcza muzea do schematu „czy coś jest interaktywne, czy nie”, a to niestety ignoruje sporą część sposobów w jaki przyswajamy nowe rzeczy.

King's Way Tour Emmentaler

Berno – nieoficjalna stolica Szwajcarii i staromiejska perełka

Kolejnym punktem na naszej mapie było Berno (parking TUTAJ, przechodzimy przez most i jesteśmy w kompaktowym centrum). Choć Szwajcaria oficjalnie nie posiada stolicy to nieoficjalnie w Bernie mamy najważniejsze instytucje jak bank szwajcarski czy siedziba rządu. Z ciekawostek – miasto leży na granicy styku języka niemieckiego i francuskiego, a 1/3 mieszkańców posiada obywatelstwo inne niż szwajcarskie.

Choć miasto firmuje się wpisaniem starówki na listę UNESCO to nie zawsze robi to wrażenie na turystach. Natomiast szczerze mówiąc moim zdaniem Berna nie można odpuścić. Jego główna ulica prowadząca do ikony miasta czyli wieży zegarowej Zutglogg (liczy już ponad 800 lat!) to wręcz pocztówkowy obraz szwajcarskiego miasta. A warto zauważyć, że Berno nie jest największym miastem Szwajcarii. Starówka nie zniszczona wojnami, bez ciągłych zmian i z wywieszonymi flagami (pomimo braku świąt w tym czasie) – robi to niesamowicie spójne wrażenie zwłaszcza jeśli potrafimy dostrzegać piękno szczegółów na budynkach.

Berno Starówka UNESCO

Jednak to co pięknie brzmi jako „pocztówkowy obraz szwajcarskiego miasta” to jednocześnie niewielka część zieleni do której jesteśmy przyzwyczajeni. Nieco zieleni (a przy tym sporo ludzi, którzy akurat wyszli na lunch w przerwie od pracy) zaobserwowaliśmy podczas spacer z budynku parlamentu (Bundenhaus), obok Casino Bern. Przy okazji – tam znajduje się też most którym możemy dotrzeć do muzealnego zagłębia Berna – znajdziemy tam Szwajcarskie Muzeum Alpejskie, Muzeum Historyczne Berna, Muzeum Historii Naturalnej, Komunikacji czy Bibliotekę Narodową.

Ale tak szczerze – jak na nieoficjalną stolicę to centrum Berna jest bardzo, ale to bardzo kompaktowe, To praktycznie trzy równoległe ulice (z tą na środku prowadzą do wieży zegarowej i spacer nie zajmuje nam więcej niż 30min. Na wszystkich jest znikomy ruch samochodowy więc zwiedzanie piesze jest przyjemnością. Dodatkowo Stare Miasto Berna otoczone położone jest w zakolu rzeki, a dwa mosty – starszy i niżej położony Unterbrucke oraz wyższy Nydeggbrucke, a zwłaszcza ten drugi, oferują możliwość zrobienia dosłownie bajkowego zdjęcia.

Berno z Nydeggbrucke

A właśnie! Po drugiej stronie rzeki (ale tej samej co parking) i wysokiego mostu Nydeggbrucke jest jeszcze coś co koniecznie musicie zobaczyć! Symbolem miasta są niedźwiedzie właśnie tam znajduje się wybieg dla nich! Czekaj, niedźwiedzie praktycznie w centrum miasta? Na pierwszą myśl rzeczywiście brzmi to absurdalnie, ale spokojnie – to tylko część wybiegu całego ZOO jednak w ciągu dnia niedźwiadki są dostępne do zobaczenia z wysokiego tarasu dookólnego dla każdego, bez dodatkowych opłat. Jednocześnie mają tam sporo zacienionych miejsc, jest ich kilka i pewnie w nocy wracają na większy wybieg.

Fryburg – podobno małe Berno, ale…

Ostatecznie spaliśmy we Fryburgu, ale to miasto nie wzięło się na trasie z przypadku. Opisany często jako „małe Berno” swoją wielkością (37 tys. mieszkańców) wręcz zachęcał do sprawdzenia czy nie jest niedocenianą turystyczną perełką.

Fryburg też wije się wzdłuż rzeki jednak jego obszar wcale nie jest tak kompaktowy i spójny jak Berna. Dodatkowo można go dzielić na różne sposoby – na wschodni brzeg (gdzie mieszkańcy mówią głównie po niemiecku), na zachodni brzeg (tam mówią po francusku), na górny, na dolny, ale kiedy usiądzie się jako turysta to trudno z tego zrobić jakiś sensowny szlak. Nie ułatwia też sprawdzenie GoogleMaps stref większego ruchu – najciekawsze przyrodniczo rejony blisko rzeki były oddalone od skupisk knajpek i ludzi (okolice Arena Cinemas).

Ostatecznie więc Fryburg nie zrobił na nas jakiegoś specjalnego wrażenia. Z określeniem „małego Berna” bym się nie zgodził, bo to prawdopodobnie zostało zaczerpnięte stąd, że część miasta też jest w zakolu rzeki oraz są podobieństwa architektoniczne. Fryburg pokazał jednak jak wygląda mniejsze, szwajcarskie miasto – trochę w stylu Chur (TUTAJ) gdzie byliśmy na początku.

Fryburg

Podsumowanie

Podsumowaniem tego posta może być jedno. Będąc w Szwajcarii (i znając języki) koniecznie sprawdźcie Serownię Emmentalera, zwłaszcza jeśli sery nie są Wam obce. Niby taki pospolity, ten z dziurami, a okazuje się, że jego historia może być narodową ikoną niczym Wedel w Polsce. Polecam też wizytę w Bernie, bo to jednak nieoficjalna stolica, ale poza tym, że bardzo kompaktowa to naprawdę świetnie wyglądająca. A Fryburg? Doczytajcie akapit o nim, ale nie podchodźcie do niego tak hurraoptymistycznie jak wiele przewodników to robi.

Posted in Europa

Dodaj komentarz

Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.

Logo Mikroprzygoda.com 2025

Mikroprzygoda.com

Poznańska Odskocznia: Konkretne wycieczki

Designed with WordPress

Hej!

Jeśli ten post, który właśnie czytasz, okazał się dla Ciebie pomocny, byłbym ogromnie wdzięczny za postawienie mi wirtualnej kawy na BuyCoffee.☕

Twoje wsparcie pomoże pokryć koszty związane z prowadzeniem tego projektu na którym nie znajdziesz reklam. Z góry dziękuję! 😊

Ta strona jak każda inna wykorzystuje tzw. ciasteczka (pliki cookies), które umożliwiają personalizowanie treści i identyfikację powracających użytkowników. Więcej o nich dowiesz się w Polityce prywatności. Pamiętaj, że zawsze może skonfigurować swoją przeglądarkę, by nie zapisywała ciasteczek.