Wpis jest częścią serii: „Szwajcaria 2025 w 12 dni / Bajeczne doliny, kolejki linowe i… czy serio tak drogo?„
Poranek przywitał nas błękitnym i bezchmurnym niebem. Śniadanie nad balkonie z widokiem na jezioro i pagórki zwiastował kolejny ciepły dzień. No właśnie… A jak to wyszło w ciągu dnia?
Przełęcz Świętego Gotarda
Przecież byliśmy już na jednej przełęczy to warto wjeżdżać na kolejną? No właśnie – z tymi przełęczami jest tak, że podróż zabiera więcej czasu niż wygodnie autostradami przez tunele wykute w górach. Na szczęście jednak – odległości w Szwajcarii nie są duże tak samo jak potencjalna różnica czasu przez co mimo wszystko ustawiałem nawigację na te punkty.
Z ciekawostek – ta przełęcz jest przejezdna cały rok, a wspina się na 2108m n.p.m., a droga jest widocznie szersza od innych w których byliśmy. Dopóki nie otwarto tunelu drogowego w 1980 roku to właśnie to była najkrótsza droga Europy na linii północ-południe. Jednak… przecież byliśmy już na jednej przełęczy to mniej więcej wiedzieliśmy czego się spodziewać, prawda? Nic bardziej mylnego. Wspomniane bezchmurne niebo z temperaturą przekraczającą 30 stopni na dole zmieniało się szybko wraz z wysokością. Termometr wskazywał do jechał jeśli dobrze pamiętam do ok. 10 stopni, a widoki były mgliste. Na tyle, że na początku zaparkowaliśmy w miejscu gdzie niby Mapy Apple wskazywała punkt przełęczy, ale po zatrzymaniu uświadomiliśmy sobie, że chyba nieco dalej, przy paru budynkach, których nie widzieliśmy przez mgłę, było lepsze miejsce.
Wyjście z auta nie było zbyt przyjemne kiedy dostaliśmy w twarz i odsłonięte nogi tymi 10 stopniami oraz wiatrem. Widoków prawie nie było więc moja dziewczyna wróciła do auta, a ja jeszcze nieco się przespacerowałem. Ponownie zobaczyłem, że przełęcz jest celem motocyklistów i oryginalnych aut jednak znacznie ciekawiej zrobiło się na mini punkcie widokowym. Zwłaszcza, że prawie trafiłem na może 30 sekundowe okienko pogodowe podczas którego zobaczyłem choć skrawek niebieskiego nieba.
Jednak tak szczerze – widoków wybitnych moim zdaniem nie uświadczymy. Przełęcz to tak poważnie parking, kilka budynków gdzie możemy usiąść w knajpie czy kawiarni i w zasadzie tyle. Mało jest elementów np. mówiących o historii tego miejsca. Z drugiej strony – znając Szwajcarów – i tak by było tylko po niemiecku…
Pierwsze zdjęcie od kolejnych dzieliło 7 minut. Kolejne – ok. 2-3 minut – tak bardzo zmieniała się mgła na samej przełęczy.
Engelberg – centrum dla turystów z wjazdem na Titlis 3238m
Ta pierwsza nazwa może kojarzyć się niektórym osobom ze skokami narciarskimi. To dobry trop, bo jak najbardziej jest tam skocznia. Jednak miejsce to też jest popularne wśród turystów dzięki kolei linowej, która może nas zawieźć na szczyt Titlis. W przewodnikach „głośno” o niej jest też dlatego, że na ostatnim odcinku jest (pierwsza na świecie) kolejka obrotowa – już nie trzeba chodzić dookoła wagonika, by zobaczyć widoki z każdej ze stron, bo wagonik sam się obraca.
No właśnie… „głośne w przewodnikach” a jakie są tego konsekwencje? Przede wszystkim – samo miasteczko Engelberg jest moim zdaniem niesamowicie senne. Centrum warte turystycznego spaceru to praktycznie jedna średniej długości ulica która zaczyna/kończy się punktem informacji turystycznej (TUTAJ). Choć ten punkt akurat muszę pochwalić, bo skoro już wiedzieliśmy, że wysoko są chmury to pani płynnym angielskim przedstawiła nam inne opcje, w tym spacer dookoła jeziora na pierwszym przystanku kolei linowej gdzie byliśmy praktycznie sami. Także samo miasteczko – dosłownie na chwilę. Aż byliśmy zaskoczeni gdzie muszą się podziać ci wszyscy potencjalni kibice przyjeżdżający na skoki narciarskie.
Kolej linowa Titlis
Po naradzie w punkcie informacji już wiedzieliśmy, że na Titlis nie ma co wjeżdżać jednak mimo to musieliśmy dostać się kilkaset metrów wyżej, na przystanek Trubsee gdzie mogliśmy obejść jezioro. Samochód przeparkowaliśmy na TEN główny parking kolejki. Parking bliżej wejścia jest tylko dla autokarów, których stało kilkanaście więc wiedzieliśmy, że może być sporo ludzi. Na szczęście jednak dla nas – to wycieczki zorganizowane, które pchają jak najwyżej, praktycznie nikt nie kierował się na lekki hiking z nami (choć tak, jechaliśmy tą samą kolejką tylko my na drugiej przesiadce kończyliśmy podróż).
Niestety – ja wiem, że to nie jest miarodajne i zły przypadek zawsze będzie skrzywiał obraz, ale widok Hindusa, który chce wszędzie pojechać tylko za późno przyjechał i po prostu może nie zdążyć przez ostatnie kursy kolejek o określonej godzinie, próby przejścia pod taśmami, którymi personal radził sobie z organizacją przepływu w górę w dół kazały zastanowić się jakim cudem on zdołał tutaj dotrzeć…
Na szczęście Hindusa i całą resztę zostawiliśmy na stacji kolejki linowej Trubsee, a my wybraliśmy się na spacer dookoła jeziora trwający jakieś 45-60 minut. Zdecydowanie polecam. Z nisko zawieszonymi chmurami trochę przypominało mi to zdjęcie szkockich jezior (choć tego tam nie miałem okazji sprawdzić). Tyle, że tutaj mamy jeszcze te intensywnie zielone szwajcarskie doliny. I dzwoneczki krów, które słyszymy.
Lucerna – czy warto nocować w centrum?
Nocleg
Nocleg: Ibis Lucern Kriens / Accor.com
Przyznam, że nie podobały mi się ceny noclegów w Lucernie. Plan zakładał raczej, że dotrzemy tam później niż wcześnie więc raczej nie zakładałem sporej ilości czasu. W ten sposób zabukowaliśmy na jeden nocleg wspomniany wyżej hotel. Po dotarciu na miejsce na pierwszy rzut oka wyglądało jakby hotel był w centrum handlowym, ale to jednak po prostu taki specyficzny budynek. Po zameldowaniu i krótkiej regeneracji przejrzeliśmy jednak możliwość dojazdu do Lucerny i okazało się, że parę minut spaceru dzieli nas od stacji kolejowej Mattenhof, a stamtąd co chwilę jeździ pociąg do Lucerny. Biletomaty są na stacji kolejowe, bez problemu dokonaliśmy zakupu do Luzern i mogliśmy przekonać się na własnej skórze, że szwajcarska kolej jest naprawdę przydatna.
Lucerna na wieczór
W ogóle to jesteśmy na krańcu Jeziora Czterech Kantonów – tych obszarów, które w 1291 roku założyły Konfederację Szwajcarską. Choć popularnym punktem widokowym jest Stanserhorn to jednak nie udało nam się go umieścić po drodze stąd dotarliśmy do Lucerny – miasta, które bezapelacyjnie trzeba zobaczyć będąc w Szwajcarii. Stare miasto ciągnące się wzdłuż czystej rzeki, która choć rwąca, wcale nie przeraża ludzi. Szum wody jaki był mógłbym porównać do tego co było w polskich telewizjach podczas powodzi, a w Szwajcarii nikogo przesadnie nie zaskoczyli nastolatkowie, którzy skakali z brzegu prosto do tej rzeki. Nie do pomyślenia w Polsce!
Punktami na które natkniemy się na pewno i wykorzystamy w Lucernie to drewniane mosty przerzucone przez brzegi rzeki. Idealnie nadają się do tego, by dzięki nim zrobić ładną pętelkę, ale dajmy sobie luz na tym spacerze – wejdźmy głębiej w ulice starówki. Jeśli mamy siłę możemy iść wzdłuż jeziora (Seebad Luzern), ale niestety trzeba wrócić tą samą drogą. I tak szczerze mówiąc poza budynkiem kasyna nic tam specjalnego nie ma choć dobrze zobaczyć gdzie ludzie odpoczywają.
Jeszcze jedną atrakcją, która jest w Lucernie opisywana w superlatywach jest Muzeum Transportu Szwajcarskiego (MySwitzerland.com). Niestety – plan nie zakładał tyle czasu w okolicach Lucerny, by móc pozwolić sobie na kilkugodzinne zwiedzanie tego miejsca. A jeśli ktoś lubi takie tematy to moim zdaniem warto, bo jest największym tego typu muzeum na całym europejskim kontynencie.
Gdzie jedliśmy w Lucernie?
Jedzeniowy research podczas naszych podróży z reguły robi moja dziewczyna i tym trafiliśmy do Khoua Vientiane z wietnamska kuchnią jak nazwa wskazuje. Powiem tak: jeśli ktoś po wyjściach do knajpy oczekuje prawdziwego jedzenia wietnamskiego gdzie spotkamy praktycznie wszystkich, klimat jest wręcz domowy to zdecydowanie polecam. Przy okazji w takich miejscach niech Was nie dziwią obce osoby siedzące przy jednym stoliku – to standardowe zachowanie w niektórych knajpkach – to nie ta mentalność, że jak przychodzimy do knajpy i nie ma pełnego wolnego stolika to nie odważymy się zapytać czy można się dosiąść. Z drugiej strony – wyobrażacie sobie zaskoczenie polskich restauratorów, którzy potrafią doliczać dodatkowe opłaty za różne rachunki przy jednym stoliku? 🙃
Podsumowanie
W zasadzie to był całkiem intensywny dzień. Jeśli chodzi o Przełęcz Św. Gotarda – można, ale bez spiny, naprawdę. Zdecydowanie warto jednak wybrać się do Titlis choć nie czujcie konieczności wjazdu na samą górę – jeśli pogoda nie będzie idealna to spacer dookoła jeziora Trubsee również będzie przyjemnością. Chyba, że macie zamiar wybrać się do Lucerny i tamtejszego Muzeum Transportu – to myślę, że również nie będziecie zawiedzeni, ale miejcie siłę jeszcze na spacer po mieście 🙂













Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.