Wpis jest częścią serii: „Szwajcaria 2025 w 12 dni / Bajeczne doliny, kolejki linowe i… czy serio tak drogo?”
Naszym celem tego dnia było Tasch – ostatnie miejsce dokąd można dotrzeć autem kiedy chcemy odwiedzić Zermatt i atrakcje jakie tam są (o nich więcej jutro). Kiedy wyznaczyliśmy sobie drogę z naszego poprzedniego miejsca noclegowego w dolinie Lauterbrunnen, domyślnie Google Maps sugeruje transport pociągiem. To jedna z tych rzeczy z których słynie Szwajcaria – kolejowych tuneli wydrążonych w górach, które możemy przebyć wjeżdżając na wagony bez specjalnych rezerwacji itd. To rozwiązanie konieczne kiedy na danym odcinku nie ma tunelu samochodowego, a przejazd przez przełęcze nie jest dostępna (na przykład zimą).
Przejazd takim pociągiem to z pewnością jakaś przygoda jednak z tunelu niewiele widać. Chcąc poznać kolejny kawałek kraju jednak wybrałem alternatywę górskimi serpentynami, a dalej zwykłą drogą krajową numer 19 pomiędzy łańcuchami górskimi (choć cały czas będziemy na terenie Alp)
Furka Pass i hotel Belveder
Pierwszy punktem jaki ustawiliśmy w nawigacji to legendarny hotel, niedaleko popularnej przełęczy Furka Pass (popularna również z powodu wizyty Top Gear lata tamu). Na pewno widzieliście to zdjęcie hotelu, najczęściej z podkręconymi kolorami na którym widać budynek ustawiony wewnątrz serpentyny jakby pośrodku niczego.
Wiemy jednak doskonale jak działają zdjęcia. Niech Was poniższy kadr nie zwiedzie, nie wiem jak mi się udało mieć tylko jedną osobę. Za mną jest parking na kilkanaście, może nieco więcej aut i kilkadziesiąt osób, bo to miejsce jest popularne jako punkt docelowy dla kierowców superaut (i nie tylko, dla rowerzystów czy zwykłych turystów też). Furka Pass jest nieco wyżej i tam zaczyna się już trochę turystyczne piekiełko związane z trudem zaparkowania. A przełęcz? Jak to przełęcz, już na kilku byliśmy i serio – są ładniejsze punkty widokowe więc nie miejcie ciśnienia, by zwiedzić je wszystkie.
Droga numer 19 – leniwie wzdłuż górskich łańcuchów
Z Furka Pass to Tasch wiedzie droga numer 19. Zwykła krajówka którą maksymalnie, zgodnie ze szwajcarskimi ograniczeniami możemy jechać 80km/h. Ruch średni, ale wszyscy grzecznie jadą gęsiego. Po lewej góry, po prawej góry, pośrodku droga w dolinie. Co jakiś czas widzimy kolejną dolinę z charakterystycznymi szwajcarskimi domkami – niby tak pogubionymi na tle intensywnie zielonych pagórków, ale jednak tworzących małe osady. Nie wszędzie wjedziecie, w niektóre możecie dostać się tylko kolejką linową (np. Bettmeralp).
Co jakiś czas droga przejeżdża przez małe wioski – kilkanaście, kilkadziesiąt budynków tworzących takie osady z jednej strony dają wrażenie, że to niezłe miejsce na nocleg, a z drugiej jakby brakowało tej całej turystycznej otoczki do której przywykliśmy. Z trzeciej strony co – przyjechać, siedzieć w takim miasteczku i wszędzie dojeżdżać? To nie lepiej rzeczywiście wpakować się w jakąś dolinę?
Birg – czy warto odwiedzać?
Po tej leniwej jeździe potrzebowaliśmy przerwy. Birg wydaje się być idealnym punktem na to. Tuż przed skrętem w lewo, w kierunku Tasch, trochę większe miasto w której na pewno znajdziemy jakąś kawiarnię i pewnie jakieś atrakcje. Parking to nie problem, momentalnie znaleźliśmy miejsce w miejskiej strefie parkowania i opłaciliśmy aplikacją.
W zasadzie to nie byliśmy przesadnie zaskoczeni – szwajcarskie miasta mają to do siebie, że są mocno zabudowane, raczej nie uświadczymy tam sporo tej miejskiej zieleni do której przywykliśmy. Udało nam się znaleźć kawiarnię, zamówić coś zimnego do ochłody (naturalnie brak menu w języku angielskim). Po tym mieliśmy nieco siły na spacer uliczkami miasta, by dojść do zamku. Teoretycznie tam znajdziemy kawałek parku i trawnika, ale to jednak powiązane z zamkiem, a nie miastem. Jeśli chodzi o zamek to obecnie siedziba ratusza i muzeum, możemy zwiedzić obiekt, ale powiedzmy szczerze – jeśli nie jarają Was architektoniczne detale to raczej nie będzie tam efektu wow. To po prostu ładny zamek i tyle.
Pozostałe uliczki miasta jednak sprawiają wrażenie typowo funkcjonalnych. Nie przejdziecie nimi z ciągłym zachwytem stylem, nie zrobicie zdjęcia, które by pokazywało Szwajcarię jak z pocztówki. Jeśli więc poszukujecie atrakcji to Birg możecie z czystym sumieniem odpuścić.
Tasch – przesiadka na pociąg
Do Zermatt, dokąd zmierzają wszyscy, nie można dojechać autem. Transport prywatny nie jest tam możliwy i można dostać się tam tylko koleją. Najprostszą drogą jest rezerwacja miejsca na ogromnym parkingu obok stacji kolejowej, kamery sprawnie odczytują numery rejestracyjne, a my musimy zabrać to co potrzebujemy i udać się na peron z którego zabierze nas pociąg, który kursuje co kilkanaście minut jeśli dobrze pamiętam, a bilety do Zermatt bez problemu kupimy w biletomatach.
Tylko parking jest ogromny. Sam terminal kolejowy sprawia wrażenie niewielkiego i wręcz zaskakuje jakim cudem może obsłużyć turystów z tylu aut. Jednak to działa. Oczywiście, że ludzie często jeżdżą do Zermatt na więcej niż jedną noc więc nie wymieniają się codziennie, ale poważnie – z nami w pociągu jechało może 25 osób?
Podsumowanie
Ten dzień wydawał mi się trochę bez wyrazistej atrakcji. Ot, kolejna przełęcz. Jazda leniwą szwajcarską drogą krajową. Birg do którego wjeżdżałem trochę bez przekonania. Ale może to właśnie ma tak być? Takie dni, bez takich wyrazistych atrakcji pozwalają na mały stop, spojrzenie na odwiedzany kraj nieco mniej przez pryzmat atrakcji, ale po prostu krajowej drogi, która często pokazuje zgoła inny świat niż tej z turystycznych ulotek.






Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.