Wpis jest częścią serii: „Szwajcaria 2025 w 12 dni / Bajeczne doliny, kolejki linowe i… czy serio tak drogo?„
Powoli nasza wycieczka zbliżała się ku końcowi. Wyjeżdżając z Lozanny w zasadzie od niechcenia wstąpiliśmy do Neuchatel, jednego z większych miast północnej części Szwajcarii – Jury. Potem niewiele czasu nam zajęło dotarcie do Bazylei, która choć leży na styku 3 państw wcale taka międzynarodowa nie była, by ostatecznie wylądować w kompletnie niepozornym mieście Winterthur. Jak było w każdym? O tym przeczytanie niżej.
Neuchatel – a prawie byśmy pominęli…
Pierwsza miejscowość jest już po niecałej godzinie jazdy. Auto zostawiamy na parkingu w centrum (TUTAJ) i wyruszamy na spacer – najpierw nad jeziorem, a potem do kompaktowego centrum.
W zasadzie to nie miałem specjalnych oczekiwań. Bardziej zastanawiałem się nad jedną ścieżką trekkingową, która jest opowiada o historii świata, ale wysoka temperatura sprawiła, że pominąłem ten pomysł. Zwłaszcza kiedy okazało się, że ścieżka ta nie jest nawet pętlą…, a i któregoś razu trzeba będzie podchodzić pod pagórek. Gdybyście szukali szlak nazywa się Sentier du Temps. Ale jeśli szukacie serio poważnych atrakcji w okolicy to koniecznie poszukajcie Creux du Van – to ogromne zapadlisko na 160 metrów jest jedną ze szwajcarskich ikon, ale wymaga ono ok. godzinnego marszu w jedną stronę (+ na powrót drugie tyle).
Tymczasem wracając do miasta to okazało się nad wyraz spójne i zdecydowanie bardziej szwajcarskie niż Lozanna. Krystalicznie czyste jezioro (a przy okazji największe w całości w Szwajcarii), uporządkowane uliczki z ładnymi kamienicami i trochę miejsc gdzie można usiąść. W zasadzie to byłoby idealne miasto na nocleg, zdecydowanie lepsze niż Lozanna. Z ważnych budynków przewodniki przede wszystkim polecą Wam zamek oraz kolegiatę, ale nas przede wszystkim zadowoliła starówka. Jest po prostu tak… wiarygodnie. Z drugiej strony może przepiękna zieleń nad jeziorem wpłynęła tak pozytywnie na ocenę w tak bardzo zabetonowanym świecie miast szwajcarskich?
Bazylea – duże szwajcarskie miasto, ale czy warto?
Spore nadzieje za to na początku wiązałem z Bazyleą. Bo to jednak nie jest nieznane miasto, jego nazwa gdzieś pojawia się od czasu do czasu to na pewno musi być w nim coś interesującego, prawda? Przyznam, że po przeczytaniu przewodnika trochę się rozczarowałem, bo poza Muzeum Kultur czy Historii Naturalnej to punktem wartym odnotowania jest… czerwony ratusz. Ale nieee, przecież to nie może być tylko to, prawda?
No właśnie…. Bazylea niestety pokazała to co pokazują szwajcarskie miasta czyli przede wszystkim szczelnie zabudowaną jednostką miejska z Renem, który przez nią równiutko przepływa. Ta zabudowa w połączeniu z upałem sprawia, że spacer to raczej poszukiwania cienia, którą dają wysokie budynki, ewentualnie poszukiwanie kawiarni, by nieco się schłodzić. I tu dochodzimy do znanego już problemu Szwajcarii. Powiedzcie – jakim cudem w mieście leżącym na styku trzech państw (Francja + Niemcy + Szwajcaria) gdzie jest nawet lotnisko, które ma w nazwie miasta z trzech krajów (Port lotniczy EuroAirport Bazylea-Miluza-Fryburg) kiedy wchodzisz do kawiarni i prosisz o menu w języku innym niż niemiecki to okazuje się, że nie ma i trzeba wołać kelnerkę, która akurat zna angielski? Przyznam, że myślałem, że te problemy z językiem angielskim to były w zapyziałej niemieckiej części Szwajcarii, ale w Bazylei?!
Chociaż ocenę Bazylei nieco osłodziła wizyta w sklepie Lindt’a (choć bez przesady jeśli chodzi o ofertę – sporo z ich czekolad można dorwać w Polsce, nawet w Biedronce) gdzie bez problemu można było się dogadać z obsługą po angielsku to jednak Bazylea nie jest miastem, które będę wspominał pozytywnie.
Winterthur – miasto bez oczekiwań, a tymczasem…
Technicznie to Winterthur pojawiło się na naszej trasie z przypadku. Pierwotnie chciałem spać właśnie w Bazylei, ale śmiesznie niska cena noclegu zachęciła mnie, by pojechać trochę dalej, by mniej musieć przejechać dnia kolejnego. I tak szczerze to do Winterthur spodziewałem się, że tam już totalnie nic nie ma, zresztą w przewodniku też nie udało się zapisać żadnej sensownej atrakcji.
Kiedy dotarliśmy do hotelu i poczekaliśmy aż temperatura na zewnątrz nieco spadnie wyruszyliśmy na poszukiwanie jedzenia do centrum. W zasadzie nie mieliśmy oczekiwań – jedynym kryterium było menu po angielsku. Ścisłe centrum Winterthur okazało się jednak nie takie zabite dechami, bo knajpek trochę było. Jednocześnie było też trochę ludzi, którzy spędzali czas na spotkaniach na uliczkach wspomnianego centrum z którego w większości wyłączony był ruch samochodowy, a to dawało niesamowity spokój pomimo klasycznego zabetonowania.
Może nie jest to miasteczko, które turystycznie zrobi efekt wow. Nie ma jeziora, nie ma gór. Ale ostatecznie cieszę się niesamowicie, że udało nam się zatrzymać w takim miejscu. Po pierwsze dlatego, że nie musiałem siedzieć w Bazylei, a po drugie, że takie miasta jak Winterthur pokazują kraj tam gdzie nie docierają turyści, a to istotna perspektywa na każdy odwiedzany kraj.
Podsumowanie
Ten post był krótki i konkretny. Neuchatel bez wątpienia polecam do odwiedzin. Choć w poście wspomniałem o noclegu to jak tak teraz myślę może to być problem, bo jednak lepiej nocować bliżej Jeziora Genewskiego – więcej atrakcji. Bazylea – można odpuścić, jak dla mnie to duże miasto, które nie ma nic szczególnego do zaoferowania takim turystom jakim ja jestem (czyli bez zbędnego gadania o historii każdego bardziej i mniej pięknego budynku na czterech ulicach). A Winterthur? Tak naprawdę to może być każde inne małe miasto, które w turystycznych przewodnikach nie błyszczy. Turyści tam nie docierają, ale wtedy możemy zobaczyć jak wygląda życie prawdziwych mieszkańców danego kraju czy obszaru, który odwiedzamy. A to sporo uczy podczas podróży i choć turystycznie ma fajerwerków to niezwykle realny i wiarygodny obraz zostaje na długo w pamięci.











Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.