Wpis jest częścią serii: „Szwajcaria 2025 w 12 dni / Bajeczne doliny, kolejki linowe i… czy serio tak drogo?„
Plan na pierwszy pełen dzień w Szwajcarii był prosty choć ambitny. Najpierw chciałem zobaczyć Wąwóz Ruinalta nazywany szwajcarskim Wielkim Kanionen, a potem przez jedną z przełęczy udać się na południe, by zmienić język na włoski. By nie przytłoczyć podzieliłem ten dzień na posty – część włoską znajdziesz TUTAJ.
Wąwóz Ruinalta – jak dojechać?
Nie tak łatwo znaleźć konkretne, praktyczne informacje o tym rejonie. Osobiście polecam kierować się na miasteczko Films, które oferuje sporo turystycznej infrastruktury i w sumie trochę wygląda jak z marketingowych video gdzie po zielonych dolinach gór napotykamy tych co chodzą z kijkami, ale też tych co jeżdżą na dwóch kółkach. Uważajcie tylko na prędkość kiedy tam wjedziecie – spora część to strefa 30, a przekroczenie prędkości w terenie zabudowanym ponad 15km może być naprawdę dotkliwe wliczając sprawę w sądzie.
Parking znajdziecie na obrzeżach miasteczka w TYM miejscu. W czerwcową niedzielę był on wspierany przez dwóch panów, którzy pokazywali gdzie stanąć. A sam parking jest tym co tylko można sobie wymarzyć – niedziurawy asfalt z wyraźnie zaznaczonymi miejscami, ultraczysta toaleta. Parking stety/niestety jest płatny, ale są parkomaty + można opłacić postów za pomocą aplikacji o której wspomniałem w poście TUTAJ.
Auto zaparkowane, buty trekkingowe na stopach (osobiście po leśnych ścieżkach wolimy jednak takie buty niż codzienne adidasy) to można wyruszać na leśną (choć na początku asfaltową) ścieżkę.
Ścieżka na taras widokowy II Spir
Po okolicy wąwozu możemy poruszać się pieszo, ale też pociągami. Jednak najważniejszym punktem jest taras widokowy II Spir. Najłatwiej do niego dojść z wspomnianego wyżej parkingu, ale niestety na pewnym odcinku nie ma zmiłuj – będzie trzeba wracać tą samą ścieżką – nie ma jak zrobić sensownej pętli, a jedynie alternatywna ścieżka równoległa. Łącznie na szlaku spędziliśmy 2 godziny.
Link do naszej ścieżki: https://mapy.com/s/monedalolo
Zaczyna się dość dziwnie szczerze mówiąc, bo mamy asfalt. Choć my lada chwila zbaczamy w prawo i schodzimy na szutrową, leśną drogę to powód asfaltu poznajemy później – prowadzi on do małej kolejki linowej, którą można zejść nad ośrodek nad krystalicznie czystym jeziorem na który się natykamy idąc naszą ścieżką. Idealna przejrzystość wody, zaskakujący brak tłumów pomimo niedzieli sprawia, że zaczynamy zastanawiać się czy nie wrócić, ale jednak górę bierze trekking. Zwłaszcza, że po drodze mijamy sporo źródeł gdzie możemy uzupełnić płyny tak bezpośrednio jak i w butelkach – i to szczerze polecam, ta woda naprawdę mi smakowała!
Okolice knajpki
Ścieżka jest łagodna, czasem tylko ma krótkie zejścia czy podejścia więc dosłownie każda osoba, która była na dwugodzinnym spacerze będzie w stanie pokonać tę drogę. A dla tych, którzy niedoszacują swoich sił trochę przed tarasem widokowym jest urocza knajpka na środku intensywnie zielonego dywanu z trawy. W okolicy wtedy też mamy kilka mniejszych punktów widokowych na wąwóz wliczając leżaki na których możemy odpocząć. Na dole wąwozu, tuż nad lazurową rzeką widzimy tory, tunele, nawet trafiliśmy na przejeżdżający pociąg! Z racji różnicy wysokości wygląda to trochę jak świat kolejowych modeli w których ktoś trochę za bardzo pokolorował rzekę oraz zostawił jasne zbocza wąwozu – zapewne dla kontrastu. Tymczasem to najprawdziwszy obrazek i chyba pokrywa się z tymi legendarnymi ze Szwajcarii, prawda?
Taras widokowy II Spir
Spacer z okolic restauracji do tarasu widokowego nie zajmuje sporo czasu. Metalowa konstrukcja jest wyniesiona kilkanaście metrów w górę co pozwala nam spojrzeć na wspomniane strome ściany wąwozu praktycznie z góry, bez drzew zasłaniających widok. Ludzi przesadnie nie ma sporo – ot, może 10 osób na drugim, najwyższym poziomie. Nie ma jednak co ukrywać – widok jest bajeczny! Wracając odpoczęliśmy jeszcze na leżakach o których wspomniałem akapit wcześniej i zauważyłem, że nie tylko szlaki piesze tutaj są, ale również rowerowe. I to wszystko bez żadnej fuszerki, ale nie wiem kompletnie o co chodzi z tymi intensywnymi kolorami, które okazały się prawdziwe!
Przełęcz San Bernardino
Podczas jazdy na południe do kantonu Ticino możemy albo przejechać tunelem jeśli liczy się dla nas czas, albo – jeśli liczą się dla nas turystyczne miejsca – przez przełęcz San Bernardino. Od XV wieku droga, której punktem kulminacyjnym na wysokości 2006 m n.p.m. była kiedyś wioska o takiej samej nazwie, umożliwiała transport z jednej strony Alp na drugą z pominięciem Austrii. W najbardziej stromym punkcie współczynnik nachylenia wynosi 10% i kiedyś przebycie tego z pewnością było wyzwaniem. Zresztą – do tej pory przełęcz jest zamykana w okresie wydłużonej zimy (z reguł od października do końca kwietnia).
Teraz jednak – w zmotoryzowanym świecie – przełęcz jest celem turystów, motocyklistów, kierowców oryginalnych samochodów. Choć może San Bernardino nie jest tą najpopularniejszą przełęczą, nie oferuje też niesamowitych widoków (z racji wyższych gór dookoła), a miejsca na górze jeszcze może na kilkanaście aut (ewentualnie pozostaje pobocze – i tak tam każdy zwalnia) i jedyne co można tam zrobić to wypić kawę w restauracji to na pewno jest to doświadczenie, które będziemy pamiętać bardziej niż kolejny przejazd tunelem.
Jedna uwaga: to była nasza pierwsza przełęcz i pogoda w miarę pokrywała się z tym co było niżej – po prostu było trochę chłodniej przez zmianę wysokości. Jednak mieliśmy sytuacje w których po wjeździe na inną przełęcz mgła zasłaniała nam wszystko i to pomimo świetnej pogody kilkaset metrów niżej. Czasem więc można wkurzyć się, że po kilkudziesięciu zakrętach jedyne co widzimy to… mglista szarość.
Podsumowanie
Spacer nad wąwozem Ruinalt’a bez wątpienia jest jednym z must-do w Szwajcarii. Świetnie przygotowane ścieżki, czyste toalety, źródełka pozwolą nam korzystać z tego bez przeszkód. A intensywna zieleń traw, lazurowy kolor rzeki, różnica wysokości i pociągi pomykające tunelami, które wydają się niczym zabawki – to buduje obraz, który chcemy powiesić na ścianę, a nie wyobrażamy sobie, że to dzieje się naprawdę.
Zachęcam też do wizyty na minimum jednej szwajcarskiej przełęczy. Z tych na których byłem to w zasadzie San Bernardino wydała mi się najbardziej klimatyczna. Dwie inne inne zostały już nawiedzone przez turystów w znacznie większym stopniu…












Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.